We did it again!

Ha! 

Fale były takie, że przewracały, musiałam męża wciągnąć do wody żeby utrzymać się na nogach.

Zamierzam kąpać się do listopada/grudnia.

Nigdy nie wchodzę do wody zmarznięta – najpierw biegam jakieś dziesięć minut w kurtce, swetrze i chustce na szyi, aż czuję, że robi mi się bardzo gorąco. I potem siup! 

Po wyjściu trzeba szybko się ubrać i wypić coś ciepłego. Choć na razie to luzik – 14 stopni temp. powietrza i 14 stopni woda. Czyli cieplutko.

Jest to jedno z najbardziej cudownych przeżyć – organizm chyba musi wytwarzać jakieś ciężkie dragi jak się włazi do takiej wody, bo po takiej kąpieli przez pół dnia czujesz się jak na haju.

Uwielbiam morze! Ten śmierdolący zapach ryb i glonów, tą bryzę, którą oddycha się tak lekko jak w łonie matki, ten miarowy szum, tą kanciastość, zimno, kamienistość, która po chwili wydaje się tak łagodna jak morelowy puszek. Nagle wtapiasz się cały w tą szorstkość, sól, szarpanie wiatru, ostre kamienie, nagle jesteś w środku ogromnego żywiołu i wcale nie masz ochoty na duszne wnętrza i ciepłe kapcie.

 

Ale prawdziwy hardcore to jest to: