Dziewiąty tydzień i voila! – płód już nie ma ogonka! porusza też wypustkami, co udają rączki i nóżki.
Wczoraj nastąpiła zmiana i przestałam szorować szczęką po podłodze. Z tej okazji namówiłam Mi na przebieżkę – tylko pół godziny truchtem, a jakie fantastyczne uczucie!
W tym roku mam same fajne przedmioty (czyli takie, na których się znam) a studenci też na razie fajni. (Mój język ubożeje najwyraźniej). Jakże inaczej się pracuje, kiedy się uczy czegoś, na czym się człowiek w istocie zna!
Kawa znowu jest dobra. Nie przepyszna, ale może być. Za to odrzuciło mnie od mięsa – dwa dni temu poszłam na zupę Ramen do cudownej japońskiej restauracji i zaczęły mnie prześladować pływające blade kawały kuraka i zółto-białe fragmenty boczku, poza tym zupa smakowała jak rozwodniony sos sojowy, w środku jedzenia zrobiło mi się słabo i niedobrze. Sałatki za to w najróżniejszej postaci, surówki, kiszonki, owoce, soki warzywne i herbatki owocowe wcinam non stop, smakuję, celebruję, albo zwyczajnie wciągam. W każdym momencie.
Zaczął się festiwal teatralny i jak na razie biję się z myślami – musimy zapłacić 250e za badania prenatalne (do postu o opiece nad ciężarną w Irl się zamierzam), kupić Mi garnitur, albo chociaż marynarkę (wczoraj byłam w sklepie, gdzie mi się wreszcie gajery podobały – 300 e za samą górę) i tak dalej, ale coś czuję, że znowu wygram sama ze sobą i pójdziemy z płodem do teatru, skoro może już machać, niech się uczy klaskać. W tym roku chcemy też zabrać po raz pierwszy Adziarza.
Może na Operę za Trzy Grosze?
Tak, wiem, że tam są kurwy i alfonsi, niech się dzieci uczą życia.
Albo cyrk bez zwierząt?
Trochę wyuzdanych gestów też można by znaleźć. Na szczęście nic nie przebije nastoletniej gwiazdy Hanny Montanny, tfu, Miley Cyrus, więc jestem spokojna. Teatr to w końcu kurz i plusz.