Tytuł 318

Pogoda cudowna, taki koniec lata z przytupem, szczodrymi błękitami i słońcem.

A jak jak wypluta od dwóch dni, albo nawet wyżuta i wypluta, czuję się jak silly putty – nawet, jeśli dam radę nadać sobie jakiś kształt rano wraz z upływem godzin rozpływam się w oczach.

Poziom energii wałęsa się przy podłodze, albo nawet leży i się nie rusza. Morze musiało zostać skreślone z planów (mors we mnie płacze rzewnymi łzami), na bieganie nie ma szans, dziś nie wiedziałam jak przeżyję dwie godziny w szkole, po szkole obiecałam Mi szukanie marynarki (wiecie, przyszła praca) a w kolejnym sklepie trzymałam się w pionie głównie siłą woli. Do domu i do łóżka, Mi zrobił obiad Adziarzowi, bo naprawdę nie byłam w stanie wstać, mimo, że nie mam gorączki i nic tak naprawdę mi się nie dzieje. No, może oprócz tego, że poprzedniej nocy dopadł mnie okrutny ból pleców, a tu w domu ani jednej tableteczki Apapu, gorący okład wystrzelił podczas ogrzewania, czerwona galaretka zalała całą mikrofalówkę. Czwarta rano. Nie miałam więcej pomysłów co zrobić z plecami, więc obudziłam Mi, żeby mi tam potrzymał rękę i w końcu zasnęłam.

W sumie dobrze, że jestem w ciąży, bo już bym była pewna, że jestem chora na jakąś nieuleczalną chorbę.