Dziecko mi się wczoraj rozchorowało, więc z morza nici.
A miałam mieć trening morsa!! A tu taki piękny, ciepły dzień!
No, ale cóż. Siedzę więc w domu, odbywam rozmowy z przyjaciółmi i rodziną i lepię pierogi. Tak za mną chodziły, że się w końcu zabrałam. Dziwne – ja, poszukiwaczka nowych smaków, wielbicielka chińszczyzny, tajszczyzny i włoszczyzny, przepraszam, kuchni włoskiej, nagle nie mogę się odpędzić od polskich smaków. Ogóreczki kiszone. Pierogi ruskie. Rosół. A wczoraj jak Ryszard Ochócki wcinał kiełbasę w Misiu (zapoznajemy Adka z klasyką polskiego kina), to miałam ochotę na taki potężny kawał polskiej wędzonej. Natychmiast.
Od kawy mnie odrzuciło. To znaczy wypiję filiżankę dla towarzystwa, ale ogólnie nie bardzo. Niby smak ten sam, niby zapach też, ale odrzuca.