Tytuł 320

 

A zatem, jak niektórzy się domyślili, rozpoczął się teatr ósmego tygodnia. Nadal występują: mdłości (choć już coraz mniej) i dziwne smaki. Senność powoli schodzi ze sceny. Wściekłość według mnie nie gra tu roli, choć Mi twierdzi, że czasem gra wręcz rolę główną (ostatnio obudziłam się w nastroju „wiesz kochanie czuję dziś, że mogę każdemu pojechać. Przypomnij mi, żebym nie siadała do pracowej korespondencji”. Dla mnie jest to bardziej coś jak poczucie mocy: „are you talking to me? ARE YOU TALKING TO ME??” – tego typu klimaty. Jak musicie o coś zawalczyć teraz to proszę bardzo, dajcie znać, a ja pójdę i nastukam. No.

Swędzenie na razie w normie – łykam pół Zyrtka co 4 dni, bo wprawdzie nie ma badań na próbie losowej, że nie szkodzi (co oznacza, że nie wylosowali grupy ciężarnych, która by jadła Zyrtek i nie porównali ją z tą która nie, kontrolując przy okazji wszystkie inne zmienne), ale jest bogata literatura case studies, która sugeruje, że wśród kobiet wcinających cetyryzynę niebezpieczeństwo urodzenia dziecka z wadami nie jest wcale większe (czyli zebrali setki wywiadów z kobietami które jadły). To wyjaśnienie pani doktor całkiem mnie uspokoiło. W końcu jestem naukowcem, muszę w coś wierzyć.

Co 3 godziny w tym teatrze włącza się alarm MUSZĘ COŚ ZJEŚĆ. TERAZ. I teraz znaczy TERAZ. 

Do sztuki właściwie się nie przygotowywaliśmy, chcieliśmy, ale też się nie spodziewaliśmy się, że to tak szybko (Mi mówi, że się spodziewał i wiedział). Ja słysząc jak wkoło ludzie ‚starają się’ myślałam sobie, że teraz to nie tak łatwo, stara już jestem, dom nie sprzyja płodności, kosmetyki trują, no i w ogóle akcja eugeniki w formie sterylizacji dokonywana jest przez wiadome siły na masową skalę. Ale bohaterski Polski plemnik i jajeczko dały radę, nie będzie wróg pluł nam w twarz i dzieci nas pozbawiał, jak się okazało. 

To nie to, że nie planowaliśmy. Bo planowaliśmy. Ale można by powiedzieć, że wylosowaliśmy jakąś super szybką opcję od planowania do wykonania, dom w tydzień, remont w trzy dni, a dziecko od zaraz, poproszę. Usługa super express, na dzisiaj.

Jeszcze w Pl poszłam z kolegami na piwo i dzielnie wypiłam cztery pszeniczne, no co to dla mnie, proszę was!, i tak mną zamiotło, że pszeprasam barco chlopaki, ale muszie isc do domu, mówiłam wyraźnie bez ogonków, taksóweczka i spać. Drugi raz na piwie, inna knajpa i cztery miodowe, bo tym pszenicznym to coś się strułam ostatnio przecież, znowu mną zakręciło, godzina druga i do domu, no kto to widział? A gdzie nocne podbramne Polaków rozmowy, podtrzymywanie tradycji studenckiej choć raz w roku? A gdzie dyskusje do świtu w których się rozwiązywało problem głodu na świecie i przemocy wobec kobiet? Może już stara jestem i niedołężna, myślałam sobie, a w dodatku te Polskie piwa takie mocne! Mocne, hehe.

No ale się okazało, że w planowaniu to jesteśmy potęgą – urlop macierzyński zacznie mi się wraz z końcem roku akademickiego, potem mam 4 miesiące przerwy i mogę zacząć pracę od końca września. Ale nie oznacza to, że będę zasuwać od 9 do 5 a biedne czteromiesięczne niemowlę będzie oddane do żłoba! Bowiem cudowną cechą mojej pracy (która często ratuje mnie od jej porzucenia, względnie zamiany na inną, bardziej stałą) jest to, że mogę pracować 4.5 albo 6 albo 9 godzin tygodniowo. Mogę się dogadać, że jeden wykład weźmie na rok ktoś inny, jak nie dam rady. Mogę pracować tylko 3 godziny, jak będę miała taką ochotę. Mogę pracować tylko raz w miesiącu w sobotę (ale wtedy dużo nie zarobię, bądźmy szczerzy). No zobaczymy.

Co jeszcze? Biegam. Truchcikiem, pół godziny, z przerwą jak się zmęczę, ale biegam. I tak zamierzam trzymać do 7 miesiąca;)