Tanie jak barszcz mojego ojca (przepis – wszystko z działki), bo uświadomiłam sobie, że zanim pobiegnę maraton minie trochę czasu i parę par. Zanim się rozkręcę na dobre będę musiała zacząć bardzo spokojnie, bo jak na razie nadal nie mogę biegać:( Doktor mówił 2 tygodnie, a tu minął już miesiąc, próbowałam trzy razy i za każdym razem zaczynało boleć. Testuję właśnie na nodze metodę na loda – 5x dziennie masowanie lodem przyczepu mięśnia, poza tym zawijanie w lodowe okłady przez cały dzień. Łażę tak wszędzie z tą nogą morsa, nawet w nocy jest wyraźnie zimniejsza od reszty ciała i straszę nią Mi, zamierzam zamienić ją w sopel lodu do skutku.
Z rozpaczy za bieganiem kupiłam grupon na siłownię – 10 wejść za 20 euro. Jest cudowna! Basen! Yoga! Ciężarki! Nauczyłam się pływać kraulem!
O tak, tylko zgrabniej wyglądam;)
Poza osiągnięciami sportowymi jak zwykle. Czyli siedzę i czytam. Siedzę i piszę. Uparłam się jak dziki osioł – SKOŃCZĘ CHOĆ JEDEN ARTYKUŁ na wakacjach. Mam już dużo napisane, trochę chaotycznie, ale jest, i po raz kolejny przekonuję się, że jest coraz trudniej w miarę, jak zbliżam się do końca. Bo A NUŻ BĘDZIE SKOŃCZONY i ktoś mi go wydrukuje. I boję się.