Lato znokautowało nas w tej Irlandii jednym zręcznym ciosem w twarz, a raczej dwoma ciosami, jak dwa tygodnie upałów.



Najchętniej siedziałabym cały dzień nad morzem, ale nie ma tak dobrze, mimo, że się nie zarabia, to pracować trzeba. Z wielkim trudem zdołałam wyciągnąć zatem Mi dwa razy na plażę, za każdym razem obłożył się papierami, kartkami, książkami

i tak się dał pochłonąć lekturze, że nie zauważył, jak podwędził sobie nogi. Łydki właściwie. I kiedy posmarowałam mu kremem faktor 50 było już za późno.
Choć kochanie zrobimy sobie zdjęcie.
Hmm, co mnie tak piecze?

Aaaa, to łydki!
No i trzeba było tak leżeć plackiem?
Bo w tym roku plaża w Killaney wygląda tak:

albo nawet tak:


Ja, jak widzicie dbam o siebie i chronię się przed tym żarłocznym słońcem jak mogę

a kiedy już nie mogę to wyglądam tak:

Jak zaczęłam wchodzić do tej wody, to moje postanowienie bycia morsem bladło z każdą sekundą spędzoną nad brzegiem. Ale kiedy w końcu wlazłam do tej zimoności, to chciałam tam spędzić resztę życia. No, powiedzmy następne pół godziny życia, bo po takim czasie zdrętwiałe od zimna palce jednak trochę zaczynają przeszkadzać.