Tłumaczę, słucham soundtrack Twin Peaks* (pamiętacie? pamiętacie? serial mojego życia, agent Cooper nadal zamieszkuje w moim serduszku, w tajemniczej czerwonej skrzyneczce z malutkim kluczykiem zgubionym już dawno temu, nawet, kiedy Mi wprowadził się tu na stałe, musiał pogodzić się z istnieniem nieuchwytnego współlokatora, nagrywającego swoje sny i przemyślenia na dyktafon),
leżę w łóżku.
Szumią samochody. Poza tym cisza.
Cieszę się, że noga w porządku i nie było to wcale żadne pęknięcie zmęczeniowe tylko li i jedynie tendoritis, czyli ‚zapalenie przyczepu mięśnia który leży z boku łydki po zewnętrznej stronie’, obejdzie się dwoma tygodniami niebiegania i trzema ibupromami dziennie, uff, kocham pana, panie doktorze, bo ten dr Google to jest dla mnie zawsze okrutny, boląca głowa to zawsze tętniak mózgu, kaszel to rak płuc, ból brzucha to pękający wrzód żołądka, jak to dobrze, że są jeszcze prawdziwi lekarze, tacy w przychodni, tacy w realu.
Cieszę się, że już niedługo będę mogła znowu biegać, a tymczasem mogę trochę poćwiczyć, trochę się porozciągać, trochę pojogować.
Dom jest pusty i cichy bez Adziarza. Wczoraj tacy zadziwieni nagłym spokojem poczuliśmy się przez chwilę jak na wakacjach, jak w jakimś dziwnym czasie poza czasem, możemy cały dzień pracować leżąc w łóżku, możemy się kochać w dzień, możemy nago wychodzić do toalety, możemy nie gotować obiadu, możemy oglądać filmy dla dorosłych, możemy się upić, nie to, żebyśmy od razu mieli na to ochotę, ale możemy. A równocześnie tak jakoś pusto i smutno, pusto, cicho, dziwnie tak, równocześnie poczuliśmy, że tęsknimy za Adziarzem, naszym mistrzem zamieszania, za jego gadaniem, podskokami i are you for real?
*(chciałam napisać Twean Picks, im więcej mówię po angielsku, tym gorzej piszę, taki paradoks)