Nadchodzi burza, ale i tak wszystko dobrze:
Przemyślenia moje są ostatnio zbyt osobiste, zbyt prywatne, zbyt intymne (choć nie w tym sensie, o jakim myślicie) na obnażanie ich na blogu. A o innych rzeczach codziennych zwyczajnie nie chce mi się pisać. Albo, jak zaczynam pisać, to i tak wychodzi zbyt intymnie.
Spotkałam panią w sklepie „a pani to pisała bloga! czemu pani już nie pisze??”. Na środku Poloneza poczułam się całkiem naga. Chodziło jej, na szczęście, o starego bloga. Ale poczułam, że otworzyłam drzwi na oścież i ludzie wchodzą, nawet nie mają złych intencji, ot, poprawić sobie humor, pooglądać, jak inni mieszkają, jak żyją inni ludzie, więc wchodzą w butach na beżowy dywan, wycierają spocone dłonie w ręczniki, otwierają szafki i zaglądają, patrzą, patrzą, komentują, dziwią się, jak tak można żyć i dlaczego to tyle kurzu na półkach. A okruchy na blacie.
Trudno się obnażać kiedy się jest w drodze. Trzeba zachować siły, prawda? Kiedy zaczyna się coś robić, albo coś się zaczyna dziać, kiedy stoimy na samym rozdrożu i dopiero wysunęliśmy nóżkę, żeby postawić pierwszy krok, kiedy dopiero twarz zwracamy w dobrym, bo naszym kierunku, nie wolno się obracać i wołać ‚patrzcie!’, bo można stracić równowagę. Trzeba się bardzo, bardzo zebrać w sobie, zwołać wszystkie siły, zablokować w środku energię, skupić się na przemianie i na każdym kolejnym kroku, a spojrzenie trzymać blisko siebie. Zwłaszcza, jeśli cel jest niewidzialny a przemiana wewnętrzna. Bo może się okazać, że usłyszymy „Ach, Kilimandżaro? W zeszłym tygodniu byłam tam już 2 razy!”. Albo ‚a czemu to łóżko nie pościelone?’, dziecko niewychowane, a w domu brudno.
W każdym razie wczoraj biegałam 50 minut. Było cudownie -przez pierwsze 10 minut NIE chciałam umrzeć kładąc się na chodniku.