Tytuł 343

W maju zawsze dostaję kręćka: od zapachów, od jasności, od słońca, od energii.

Czuję, że żyję, że jeszcze, że teraz, że ja! ja! ja! JA! JESTEM! czyż to nie wspaniałe??

Biegamy już regularnie, co 2-3 dzień 35 minut, od czerwca będę próbować 40. Bieganie to zagadka, przez pierwsze 10 minut W KÓŁKO zadaję sobie pytanie: po co KURWA to robię?? (przekleństwo musi być, bez przekleństwa zdanie to nie oddaje stanu człowieka w czasie biegu), przez pierwsze 10 minut NIEUSTAJĄCO mam ochotę położyć się na chodniku i powiedzieć FUCK OFF.  Ale – nie wiadomo dlaczego, chyba z wrodzonej upartości – biegnę dalej i dalej i nagle jest 15 minut i wiem, że już połowa, czyli, że już niedługo, i mówię sobie w duchu moją mantrę (jestem twarda jak Roman Bratny), głupią mantrę która się przyplątała nie wiadomo skąd, ale jak to z mantrami bywa – działa, nie wiadomo dlaczego. Mantrując tak, na przemian z gapieniem się na chmury/dachy/słońce/wodę dociągam do 22 minuty, jeszcze 3 minuty i decyduję się biec dalej, wydłużyć trasę tak, aby biec 35 a nie 30 minut, dajesz radę, mówię sobie, dajesz, jesteś twarda jak Roman Bratny, ciśniesz wariatko, mówię do siebie, ale po cichu, bo nie mam siły na nic oprócz upartego stawiania stopy przed stopą. 

Na swoje nieszczęście namówiłam Mi na bieganie i kiedy zdycham, kiedy daję jak Roman Bratny, choć bolą mnie stopy, mięśnie ud i łydek, ścięgna przy kostkach razem z prawą ręką, Mi leciutko przyśpiesza i już po chwili wyprzedza mnie, śmiga do przodu, zawraca i kręci kółeczka wokół mnie. Motywacja momentalnie zaczyna szorować zębami po bruku, gubię tempo i ogarnia mnie natychmiastowe zniechęcenie, czuję się jak człowiek upośledzony ruchowo, kiedy każdy krok to walka ze sobą, a Mi biegnie wydawałoby się bez wysiłku, leciutko, zwiewnie przyśpiesza i odstawia mnie na 100 metrów. 

Ale się nie poddaję.

Groszki rosną, róża wypuściła pączki, USG płuc nie pokazało nic złego (to pewnie stara blizna, powiedział pan doktor), do biegania dołożyłam jogę (tak, wiem, że zaczynam brzmieć jak snobka z klasy średniej) a najważniejsze, że żyję! Żyję!

I mam nowy plan: będę morsem. Chcę wchodzić do morza w zimie! Irlandia się wspaniale do tego nadaje.