Przeczytałam, pomyślałam, szkoda mi się zrobiło dziewczyny, bo się naprawdę napracowała i jako dobra promotorka mówię jej dziewczyno! Ty mi, kurczę blade, nic nie wspomniałaś, że będziesz robić wywiady z kobietami z przyszpitalnej poradni alkoholowej! Bowiem jak byś mi była wspomniała, to bym ci powiedziała, że ABSOLUTNIE nie możesz badać takich osób, nie możesz robić z nimi wywiadów, nie możesz ich nękać, nie możesz ich wypytywać ile piją i dlaczego tak dużo, bo jesteś tylko studentką studiów licencjackich, nie masz uprawnień terapeuty ani nawet szkolenia psychologicznego, ani żadnego innego, jeśli już o tym mowa, i osoby z tak zwanych grup specjalnych, czyli małe dzieci, kobiety ze schronisk dla bezdomnych, narkomani, osoby chore psychicznie, bite kobiety, maltretowane dzieci i tak dalej, dla ciebie nie istnieją. Ale po tym, jak jej tak powiedziałam, to sobie myślę, że skoro dziewczyna ma zgodę szpitala, jak się zaklina i o czym pisze w pracy, to jesteśmy kryci – szpital się zgodził, kobiety też, mucha nie siada. No i mi się jej też szkoda zrobiło – zostały już tylko 2 tygodnie do ostatecznego terminu oddania pracy i mówię znowu kurczę blade, to zmień tytuł, powstawiaj coś o uzależnieniu tu i ówdzie w części teoretycznej, jakoś tę pracę obronimy. Zwłaszcza, że masz zgodę szpitala na zrobienie tych badań.
I to był mój błąd.
Następnego dnia, a był to piątek, poszliśmy sobie z moimi pracowymi kolegami do knajpy. Bardzo z siebie zadowolona wypiłam sobie trzy piwa i opowiadam historię z moją studentką i jej pracą w roli głównej, szczodrze cytując co bardziej smakowite kawałki. Kiedy kończę i wszyscy się zaśmiewają zastępca szefowej mówi mi: powinnaś ją oblać.
No co wy, mówię, praca jest dobra, napracowała się, ma zgodę szpitala, jesteśmy kryci. Na moje oko powinnaś ją oblać z powodu kwestii etycznych. No i się zaczęło, jedni byli za, drudzi przeciw, wyciągano różne argumenty, a ja się bardzo bardzo zdziwiłam, że to jest aż tak poważna sprawa tutaj. Oczywiście wszyscy mnie zaczęli zapewniać, że naprawdę to nie moja wina, że przecież mi nie powidziała i tak dalej, ale ja wiem swoje: mówią, że nie twoja wina, a po cichu komentują „jak mogła coś takiego przepuścić!”. Na koniec przyszła szefowa, wysłuchała historii i ‚o kurcze ale jaja’ powiedziała i się zaśmiała. No to problem, jeszcze dodała. I tyle. Aż najfajniejsza pani doktor z naszego działu mówi mi nie martw się, sprawdź ją i daj mi ją do drugiego sprawdzania, jeśli praca jest dobra przepchniemy ją po cichu, ja ci ją podpiszę. Praca dyplomowa jest zawsze bowiem oceniana przez promotora i przez drugiego egzaminatora, w teorii powinni oni dojść do porozumienia co do finalnej oceny. Zatem A. mówi nie martw się, najwyżej nie damy pracy do biblioteki, utajnimy ją ze względu na poufne informacje przekazane przez respondentów, będzie dobrze.
No to super. Nawet kac następnego dnia nie zmącił mi dobrego humoru.
We wtorek rano przyszłam do pracy na szkolenie i zaraz po szkoleniu wpadłam na genialny pomysł. W sali została fajna pani doktor, szefowa, zastępca szefowej i pewna osoba, którą w dalszej części opowieści będziemy nazywali głupią szmatą, ale na razie wciąż jeszcze nazywa się Sandra. Dla przyjaciół też Sandra, lat 23 i 3/4, wykładowca nauk społecznych na pełnym etacie, absolwentka mojej szkoły, moja była studentka, która po 3 latach tutaj zrobiła rok magisterki na Uniwersytecie, wróciła do nas, pracowała przez rok i dostała etat. I pracuje tu drugi rok.
Podchodzę zatem do nich, Sandi właśnie perroruje, wykrzywia usteczka i opowiada o jakiś swoich studentach. Czekam 10 minut, historia się nie kończy i nie widać puenty, delikatnie zatem chcę przerwać, bo chodzi mi tylko o przyklepanie decyzji odnośnie studentki.
cdn.
(mąż mnie woła do łóżka, wiem, że zrozumiecie;)