Groszek pachnący posiałam, nie chce wzejść. Czekam.
Orchidea lada moment będzie kwitła. Codziennie oglądam pączki i zachwycam się cudem natury. Orchidee podobno kwitną w lutym, no, ale to Irlandia – w maju temperatura lutowa.
Róża wypuściła listki i od razu mnóstwo mszyc się pojawiło, spryskałam jakimś cholerstwem, mszyc nie ma, ale listeczki jakby poparzone leciutko, zobaczymy.
Zrobiłam powtórkę RTG płuc i zaraz następnego dnia rano zadzwonił lekarz, że dalej coś jest widoczne na zdjęciu i mam czekać na skierowanie na USG.
Płakałam cały dzień i już wybierałam się do grobu, aż w końcu po paru dniach mama zadzwoniła (nie chciałam jej nic mówić, siostra musiała wypaplać) i ustawiła mnie do pionu. Podobno zawsze mi na RTG takie coś wychodzi po operacji w dzieciństwie. Podobno jak zdawałam na studia, to coś podobnego im wyskoczyło na zdjeciu i mama dopiero musiała donieść moje stare RTG płuc, żeby sobie lekarze porównali. Dziwne – ja niczego nie pamiętałam. Wygląda na to, że mamy takie rzeczy pamiętają. Dobrze mieć mamę.
W pracy zadyma na trzy fajerki, fałszerstwo, kłamstwo i po trupach do celu. Historia ciekawa, ale nie mam dziś werwy do opisywania. Historia na razie skończona, ale otworzyła mi oczy i przejaśniła w głowie, zrozumiałam motywy paru osób, z którymi pracuję. Niesamowite, jak bardzo język jest zwiazany z rozumieniem świata ludzkiego – pracuję tam pięć lat i dopiero niedawno zaczęłam zauważać smaczki, gierki i sugestie, przez pierwsze parę lat chodziłam po biurze jak uśmiechnięty głupol, taki, co to wszystko bierze za dobrą monetę, we wszystko wierzy i wszystkiemu się dziwi. Taki, któremu można wszystko wmówić.
Od trzech tygodni odpoczywam. Mam jakieś michałki do sprawdzania, ostatnie prace, zaliczenia, jakieś zaległe licencjaty i maile, ale tak naprawdę większość dnia spędzam na czytaniu. Przypomniały mi się stare podstawówkowe czasy, kiedy niekonieczne i niepotrzebne czynności – zwane życiem – opędzałam w pośpiechu pomiędzy jedną książką a drugą. Nawet przerwy w szkole spędzałam na czytaniu w czym mi nie przeszkodził idiotyczny wymóg chodzenia po korytarzu w kółko w jedną stronę – szłam i czytałam. Swoją drogą ciekawe, czy dalej dzieciaki są zmuszane do chodzenia w kółko przez piętnaście minut. Wydaje mi się to teraz nadzwyczaj idiotyczne, ale wtedy było normalne – większość rzeczy wymyślanych przez dorosłych była idiotyczna z mojego punktu widzenia, chodzenie w kółko po korytarzu wcale nie było najgorszą z nich. Z jakimś takim spokojem człowiek się godził z tym, że świat jest po prostu źle urządzony, pełen głupich zasad, wymyślnych kar, nudnych obowiązków i bezsensownych wymogów.
Wyrzuty sumienia z powodu czytania uciszam tym, że to po angielsku. Że muszę po angielsku. I to jest prawda – zauważyłam, że powoli wchodzi mi do głowy składnia, szyk i rytm zdań, zaczęłam nawet ‚a’ wstawiać albo wyrzucać na wyczucie i kiedy potem sprawdzam, okazuje się, że przeważnie mam rację. Muszę połknąć ten język, wciągnąć go w swój świat wewnętrzny, zaprzyjaźnić się z nim, bo wciąż czuję się z nim jak z brykającym zwierzakiem – czasem idzie posłusznie przy nodze, ale nigdy nie wiem, kiedy coś mu odbije i pobiegnie gdzieś sobie i zostawi mnie bezsłowną w środku spotkania. Ostatnio zapomniałam słówka ‚double’, a było to w środku bardzo ważnej dyskusji, żeby nie powiedzieć kłótni, i tylko stałam i yyy …yyy.. ‚twice’ wyjąkałam, co nie było odpowiednim precyzyjnym daniem rzeczy słowa i brzmiało bardzo nieprofesjonalnie. Ale to długa historia, o trupach do celu, kłamstwie, fałszerstwie i pokazywaniu prawdziwego oblicza, a więc nie na dziś.
Jeszcze tylko chcę sobie napisać, coś, co sobie myślę.
Wydaje mi się, że aby żyć, trzeba zapomnieć o grozie wszechświata.
Nie da się żyć, jak się o niej cały czas pamięta.