Tytuł 366

Dawno nie byłam w takim ciemnym miejscu, w jakim jestem teraz. 

I tak się zastanawiam do czego mi akurat teraz ten strach potrzebny? Mi przypomniał mi moje ataki serca parę lat temu (raz wezwaliśmy nawet pogotowie), jak czułam, CZUŁAM, że mi serce staje. Przez pewien czas nie mogłam jeździć Luasem, pamiętam jak pierwszy raz przyjechałam na wakacje do Dublina i musiałam wysiąść z tramwaju, bo czułam, że umieram. I nie to, że sobie wyobrażałam, ja to czułam, zupełnie tak samo, jak teraz czuję, że jestem chora. Pamiętam, jak miałam atak na Grafton street, lato, słońce, grajkowie, a ja czuję, że właśnie teraz umieram, osuwam się na kolana na środku ulicy, Adek przerażony, przechodnie zatrzymują się i pytają, czy mi pomóc, Mi biegnie po wodę. A mi mignął sekundę wcześniej pan przebrany za śmierć i to wystarczyło.

Ataki paniki minęły, wyperswadowałam sobie atak serca, choć jeszcze do dziś lubię, jak Mi trzyma mi rękę na sercu jak zasypiamy, kiedyś miał przykazane, że ma mnie obudzić, jak mi serce stanie;D Myślicie, że nie wiem, jak to głupkowato brzmi? A jednak nie zmieniło to ani na jotę bladego strachu, który dopadał mnie zawsze przez zaśnięciem. A ręka Mi pomagała.

Neuroza znowu się uaktywniła, czas pogrzebać w sobie dlaczego teraz, czego się znowu boję. Co się teraz dzieje takiego, że uciekam w śledzenie godzinami meteorytu albo wyszukiwanie na necie objawów raka.

Do lekarza się zapisałam, nie zaszkodzi. Choć boję się panicznie, boję się tak, że mam wrażenie, że zemdleję przed wejściem do gabinetu. Boli mnie tchawica i pokasłuję, mam nadzieję, że to przeziębienie, a nie wiecie co. Pocieszam się, że biegałam we wtorek, a czułam się tak sobie – Mi miał jakiegoś lekkiego wirusa i bolało go gardło – ale pobiegłam, bo przecież trzeba, trochę kiepsko mi się biegło, ale zrobiłam 23 minuty. Choć wiało mi w klatkę jak cholera.

Powoli przemyśliwuję udanie się do jakiegoś specjalisty, nie chcę, żeby strach dyktował mi życie.