Tytuł 367

No nie wiem, nie wiem, co się ze mną dzieje, wessała mnie taka głęboka czarna dziura, że nawet hop hop nie mam siły krzyczeć. Ledwo co meteor odleciał, czy inna asteroida, ledwo co okazało się, że brzoza nie 666, tylko 510 centymetów do złamania ma, ledwo co Włoski kandydat nagle ma więcej szans na papieża od czarnego  gpścia (a wszyscy pamiętamy przepowiednię z dzieciństwa, prawda) nagle zaczęło mi się wydawać, że mam raka. Bo mam chrypkę i lekko kaszlę już od dawna, bo zaczęło mnie boleć tak w środku krtani, żeby to jeszcze gardło, ale to tak dziwnie i od środka. No wiecie, paliłam tyle lat, na pewno nie pozostaje to bez śladu. Boję się jak jasna cholera, jestem na granicy histerii i nie umiem sobie poradzić.

Nie wiem, czy to z przemęczenia, czy z innego cholerstwa, dawno tak koszmarnie psychicznie się nie czułam. Tylko proszę, proszę nie pocieszajcie mnie, że napewno nie, że coś tam coś tam, ja wiem, że coś tam coś tam, ja wiem, że i tak dalej. Ja to wiem. I wiem, że na coś trzeba umrzeć. Tylko tak sobie się dzielę z Wami. Że jakoś tak kiepsko w tym lutym, że jestem przemęczona, że nie mogę spać, że mam dużo roboty i że dawno tak bardzo i tak często nie chciało mi się cały czas ryczeć. I że ogólnie jakoś tak. I naprawdę nic się poza tym nie dzieje, wszystko w miarę dobrze, z kasą norma, z mężem dobrze, dziecko kłopotów nie sprawia. Tylko we mnie tak w środku strach ciemny i przepaść, lęk i przerażenie.