Wiem, wiem, że jak się ma pracę, to nie powinno się marudzić i narzekać i szukać zrozumienia, zwłaszcza, gdy się ma (w miarę) dobrą pracę, no ale cóż. Nic nie poradzę. Nic.
Od powrotu z Pl. pracuję właściwie nieustannie i cały czas mam wrażenie, że jestem w tyle. Skutek codziennego kładzenia się spać koło 1-2 to bezsenność po tygodniu. Nakręcona jestem jak mały motorek i dziś przez większą część nocy się tylko trzęsłam, zamiast spać. Przed czwartą zasnęłam, by obudzić się po szóstej. I podrzemać do siódmej. A potem wykłady. Taka jazda czeka mnie jeszcze przez następny tydzień – dwa. A potem będzie kolejna jazda – nowe eseje studenckie do sprawdzenia.
I tak to – cieszę się, że mam pracę, ale wkurwia mnie to, że dostaję cały czas ogryzki – przedmioty wygaszane, na które się napracuję, a w przyszłym roku mi odpadną, zastępstwa, nagłe przypadki. Wczoraj miałam sen, że miałam uczyć dzieci grać na gitarze. Pierwsza myśl – jak ja je nauczę, jak sama nie umiem i nawet słuchu nie mam. Muszę być fair wobec dzieciaków i nie brać zajęć. A potem zobaczyłam grafik i mnóstwo, mnóstwo zajęć z gry na gitarze. I dwie inne godziny jak dwa rodzynki w całym tygodniu. I wiedziałam, że je wezmę, bo jak nie, to za co będę żyła? I taka jest moja szkoła.