Tytuł 384

Jesteśmy, wróciliśmy, żyjemy jeszcze, przeczołgani przez smutek Adziarza.

No bo on nie chce wracać. Nie chce i nie chce. Chce mieszkać w Polsce, z nami, u babci i dziadka, chce, żeby było tak, jakbyśmy nigdy nie wyjeżdżali. Bo tylko w P. ma takich prawdziwych kolegów i przyjaciela. Tylko w P. nigdy go nie ma w domu, bo jeśli nie jest u A. to jest u F. albo na boisku szkolnym z A. F. i J. Albo właśnie na górce strzelają petardami. Albo biegają po dalekich podwórkach. Albo właśnie robią inny tysiąc męskich rzeczy, które trzeba zrobić, gdy ma się lat trzynaście i trzy czwarte.

I nie chcę tam wracać. I przez was zmarnowałem pięć lat mojego życia. I po co w ogóle wyjeżdżaliśmy, teraz nie mam żadnych kolegów. I nikt mnie nie lubi w Irl.

Bardzo trudno jest mi oddzielić prawdę od nastolatkowych rozedrganych emocji, tym bardziej, że moje też są rozhuśtane. Wczoraj chciało mi się walić głową w mur i z takim sercem idzie się tylko na dno myślałam sobie patrząc na ciemne rozgwieżdżone niebo przez okienko samolotu. Gdyby ten samolot spadł to chociaż nie męczylibyśmy się tak dłużej, myślałam sobie, i to chyba pozwoliło mi przetrwać awarię ogrzewania, że tak pozwolę sobie na małą dygresję. Zamiast ataku paniki – wisielczy humor, widać smutek też ma swoje podarunki dla tych, u których gości. (Było potwornie gorąco, strużki potu wybudzały ze snu tych, co w kurtkach i szalach,  ludzie podnosili głowy znad swoich kaw, książek i gazet, ściągali marynarki i swetry i ze zdziwieniem zauważali, że ludzie podnoszą głowy znad gazet, książek i kaw, ściągają swetry i marynarki i mruczą ale gorąco i pytają się stewardes dlaczego tak gorąco i odpowiedź awaria ogrzewania, poza tym wszystko dobrze ich jakoś nie uspokaja, nie wiedzieć czemu.)

Mnie uspokajało wszystko co sprawiało, że nie musiałam oddawać się wewnętrznemu biczowaniu i poczuciu winy. To moja wina moja wina, moje dziecko cierpi przeze mnie, może musimy wracać, może nie ważne praca, studia, względny spokój życia, może muszę ratować moje dziecko, bo ono jest najważniejsze na świecie, ważniejsze od w miarę dostatniego życia, ważniejsze od radości, że się mieszka w mieście wybranym, ważniejsze od poczucia bycia na swoim miejscu, bycia sobą tutaj. Może zniszczyłam mojemu dziecku życie, już na zawsze będzie wspominał swoje kalekie dzieciństwo, kiedy to miesiącami siedział sam w domu, samotny dzieciak przegrany na starcie, z takich wyrastają mordercy, z takich wyrastają ci, co potem bawią się bronią, z karabinami masakry w szkole urządzają, odrzucone przez rówieśników wyrzutki, dzieci gorszego Boga, samotnicy pozamykani na cztery spusty, których wewnętrzne pospinanie może zostać przerwane tylko serią z Kałasznikowa, a wszystko to przez egoistyczną decyzję rodziców, którzy nie chcieli już mieszkać pod jednym dachem z dziadkiem i babcią, czy mamą i tatą dla niektórych, choć dla innych niestety teściem i teściową. Jakże oni mogli tak zrobić, przedłożyć własny spokój nad swoje dziecko i jego społeczne szczęście, jego realizowanie się w świecie nastolatków, jego podwaliny pod dobre życie, jego kamień węgielny późniejszych relacji w pracy, domu i zagrodzie i szerzej – w społeczeństwie.

Tak się biczując i posypując popiołem głowę a rany solą wracałam, i nie wiem, czy to ta Polska, która wymięła mnie i przeczołgała, przeszła po mnie w obłoconych kozakach niedbale wycierając w mój kark zelówki, czy to dorastanie nastolatka, czy mój własny PMS.

Dystansu mi brak.