A jednak bieglam wczoraj. Wiatr troche ustal, urywalo glowe tylko przy kanale. Ale za to ustapil bol w czole, mysli sie przeczyscily, troche wiecej przestrzeni sie pojawilo.
Zawsze jak biegne to tak gdzies w pierwszej minucie odechciewa mi sie wszystkiego, zaczynam dyszec, wszystko zaczyna mnie bolec i mam ochote polozyc sie na asfalcie. To mija gdzies tak po kolejnych dwoch minutach, przewaznie w trzeciej juz jest w miare dobrze, tak, jakby cialo musialo miec czas, zeby sie przestac buntowac i przestawic na wiecej tlenu i wiekszy wysilek. Do dziewiatej minuty biegnie sie w miare, potem lekki kryzys, a potem juz przerwa blisko. A po przerwie to juz wiadomo, ze droga powrotna – chocby sie nie chcialo i tak sie ciagnie, bo juz mniej niz wiecej. Czasem sobie odliczam w glowie – jeszcze tylko piec minut, to juz malo, kazdy by tyle wytrzymal, kazdy kroliczek i kazdy warchlaczek, to juz tylko cztery i pol, cztery i pol co to jest, tyle co nic i tak dalej, i tak gadajac sobie w glowie koncze przepisowe minuty i biegne dalej jeszcze przewaznie przez chwilke. Bieganie jest fajne, zdecydowanie. Choc okropnie meczace.