Firma, z którą się byłam związała, jak to mówią, na dobre i na złe, ostatnio wpadła na pomysł jak tu by szybko sprawdzić moje oddanie, lojalność i miłość, nie doprowadzając jednakże do sytuacji na tyle awaryjnej, cobym z nią rozwód wzięła.
Postanowiła zatem z gracją splunąć mi, i pewnej liczbie innych pracowników, w twarz. W tym celu zorganizowała tak zwane Christmas Party, jak zawsze i co roku zresztą. Party miało się odbyć w Zajebistej Restauracji (kuchnia fusion), na którą prywatnie w tej dziesięciolatce mnie nie stać. Nic więc dziwnego, że kupa pracowego luda się podjarała i rzuciła się na kuszącą ofertę Firmy. Po mniej więcej tygodniu cała kupa luda dostała maila, że w związku z bardzo dużym zainteresowaniem wzięciem udziału w rytualnym obżarstwie i opilstwie fundowanym przez Firmę (no z tym opilstwem to się zagalopowałam – butelkę wina na 4 osoby to nawet abstynenci z natury nie nazwaliby opilistwem), osoby, które NAPRAWDĘ chcą przyjść proszone są o potwierdzenie chęci przybycia w terminie 3 dni pod karą usunięcia z listy wybranych. Potwierdziłam chęć ja i – jak się mogę domyślać – dwustu innych pracowników, bowiem parę dni później znowu dostaliśmy wszyscy maila, że w związku z kontynuacją dużego zainteresowania (no niestety!) Firma jest zmuszona przenieść zabawę do Innej Zajebistej Restauracji (tym razem kuchnia francuska). I git.
Tyle tylko, że przeniesienie okazało się być nie tylko w przestrzeni, ale i w czasie. Christmas Party zatem, nie z braku innych terminów, jak się domyślamy, lecz raczej z konieczności jakiejś, przynajmniej częściowej, eliminacji firmowego planktonu, zaplanowano na czwartek, dwudziestego dnia miesiąca grudnia o godzinie siódmej. Tak to ładnie sobie zaplanowano, mając na uwadze, że wielu wykładowców, w tym również i autorka, pracuje do późna, zwłaszcza w czwartki, w które ostatni – symboliczny – dzwonek rozbrzmiewa dokładnie o godzinie 21.30.
Co oznacza, że na firmowej zabawie byłabym najwcześniej o godzinie dziesiątej, oczywiście pod warunkiem, że na wykładzie pojawiłabym się w całym christmasowym rynsztunku, w złotej sukience, brokatowych powiekach, ogromnych kolczykach, żółtych butach na niebotycznym obcasie, wkroczyłabym do klasy spowita chmurą Gucci for women, a delikatny złoty pył osypywałby się z mojego ramienia przy każdej zmianie slajdu. Kuszące.
Po skończonym wykładzie wsiadłabym do karocy z dyni i w pół godziny zjawiłabym się w sali balowej, z której szarmanccy kelnerzy właśnie znosiliby resztki świątecznego obiadu do kuchni, bowiem jest ona zamykana, jak się dowiedziałam, o godzinie jedenastej, ale nie bądźmy drobiazgowi. Złapałabym zatem w przelocie skibkę chlebka, dorwałabym tu i ówdzie porzucone trzy pieczone ziemniaczki, srebrnym widelcem wyłowiłabym z talerzy niesionych do kuchni ze dwie ostałe brukselki. Na pocieszenie mogłabym ustawić tzw. świątecznego jeża z butelek po winie (jednym na cztery osoby) i walnąć zebraną w ten sposób resztkę czerwonego. A co. Po kielichu dla kurażu mogłabym się udać do klubu nocnego znajdującego się pod salą balową, do którego mamy darmowy wstęp (w pocie czoła wynegocjowany przez nasze dzielne panie z HR). W klubie owym, gibając się ZA DARMO w tłumie 1000 obcych ludzi mogłabym sobie zafundować parę drinków, 6 euro sztuka. Po takiej czarownej nocy jeszcze tylko taxi 15 euro i już w domu mogłabym opowiadać lekko bełkotliwie memu mężu o cudownościach tej niezapomnianej nocy za 50 euro, zgubienie czapki gratis.
Hmm. Chyba zwariowałam, albo się zestarzałam, najpewniej jedno i drugie, ale plan nie wydaje mi się kuszący, zatem w czwartek PO zajęciach jadę do domu.
W ten sposób na firmowej imprezie będzie tak jak trzeba: pion administracyjny bedzie wywijal z dzialem IT, a panie z kadr tańcować z prezesem i menagerami szczebla wyższego. I żadne, tfu, wykładowcy, nie będą się im plątać pod nogami.