hohoho

 

Wybaczcie, że nie piszę.

Adek robi Helloweenowe babeczki, po ponad miesiącu sugerowania, wyczekiwania, marudzenia, wreszcie nacisków słownych na to, bym to ja, kobieta i matka, zakasała swe rękawy, umyła swe kobiece rączki, wyciągnęła mikser, jajka, mleko i zakupioną przez niego mieszankę i zabrała się do roboty. Umiejętnie puszczałam mimo uszu wszystkie sugestie i nagabywania i oto po miesiącu – alleluja! – mierzenia się z zadaniem, po miesiącu mocowania się z lenistwem i z chyba w DNA zakodowanym  przekonaniem, że prawdziwi mężczyźni nie pieką babeczek, po miesiącu przekładania na jutro, wreszcie dziś – alleluja! – nadszedł ten dzień i Halloweenowe muffinki przejdą z bytu możliwego w byt rzeczywisty. 

Wybaczcie zatem, że nie piszę, odpierając codzienne ataki zmasowanego mizoginizmu, począwszy od ‚jak to ja sam mam sobie prać majtki, przecież to obrzydliwe grzebać w koszu z brudami!’, poprzez ‚przecież to twój obowiązek, robienie obiadu’, aż po finalne ‚no widzisz, pozwoliliśmy wam przecież głosować!’ puentujące mój piętnastominutowy wykład o rozwoju idei demokracji wygłoszony w trakcie odprowadzania mojego syna na zajęcia kickboxingu. Sama się w to ładujesz, komentuje mężczyzna z którym sypiam, sama w to brniesz, budząc się o 7.30 i sprawdzając, czy syneczek ma kanapeczki, sama sobie ten ciężar ładujesz na ramiona, robiąc mu kolacyjkę, odpuszczając mu ładowanie zmywarki, nie ulegaj mu tak łatwo, nie żałuj go, ma 13 lat i musi się nauczyć dbania o siebie, musi być bardziej samodzielny, musi stać się mężczyzną, mówi ten z którym dzielę łożę, dawca połowy kodu genetycznego, zgrabnie obracając się na drugi bok o 7.45 i spokojnie ignorując naglące pipipipiiiiiiiiiiiii nie wyłączonego alarmu, który zaraz uderzy w dużo ostrzejsze tony, kiedy nasze dziecko trzaśnie drzwiami wejściowymi.

Że nie piszę, musicie mi wybaczyć, bo zapracowana jestem okrutnie, sprawdzając prace studentom i mojemu mężowi, pomagając mu cyzelować słowa, redagując tekst tak, żeby przekazać to, co nawet po polsku jest niedookreślone i trudne do zrozumienia, wygładzając szpiczaste konkluzje i oswajając dzikie wstępy. W wolnych chwilach wpatruję się w zawiłe zdania studentów, poszukując sensu jak grzybów w suchym lesie, czytając po raz dwudziesty zdania wielokrotnie złożone, w których orzeczenie się zgubiło w połowie pierwszej linijki, a podmiot wyszedł na spacer. Po angielsku. Albo odwrotnie – jest podmiot i orzeczenie, siedzą razem na kupie i się nudzą, widzą się już po raz setny i nie mają sobie nic ciekawego do powiedzenia, zawsze bowiem spotykają się w tym i tylko tym gronie, ‚homelessness is a social problem which affects all facets of contemporary society’, każdy wyraz w tym zdaniu woła o dobicie, bo nie może znieść już nudy i banału własnego istnienia.

Nie piszę i proszę o wybaczenie, bo budzi mnie w nocy boląca głowa i uczucie niejasnego rozbicia, zatkany nos nie daje mi i temu z którym sypiam zasnąć, lodowate koniuszki stóp i rąk trudno jest czymkolwiek rozgrzać, pozostają w krainie wiecznej zmarzliny nawet, gdy się je wbije w uda współspacza. Zwłaszcza, gdy się wcześniej siedziało godzinami w jednej pozycji na kanapie wgapiając się w wężyki literek z rękami na klawiaturze, a nie na gorącej herbacie z cytryną. Która z kolei z boku na ławie cierpliwie odbarwia politurę, by po pół godzinie zmarznąć jak i ja.

Wybaczyć mi musicie, że nie piszę, bo grudzień jest tak piękny, że aż dech zapiera, bo jak się w końcu wyrwę na chwileczkę do Lidla, do Tesco albo do pracy, to jest tak błyszcząco i mroźnie i pachnie guinessem i świeci mikołajami i rudolfami i choinkami, świeci tak cholernie cudownie kiczowato, że od razu mam ochotę pójść do Penniesa i kupić największy zestaw świątecznych ozdób i ustroić cały dom, i zaświecić największy i najbardziej pretensjonalny, najtandetnieszy i najobciachowszy zestaw Mikołaja z Rudolfem, choinką i saniami, grzmiącego ‚hohoho’ co 5 dokładnie minut głębokim basem Pavarottiego zsynchronizowanym z pojawiajniem się dymka z napisem ‚HOHOHO’. Nad głową Mikołaja.


A zatem HOHOHO i wybaczcie. Że nie.