Tytuł 419

Jeszcze nie wróciłam, choć wróciłam do siebie nareszcie, na szczęście, po tylu latach tułaczki mam uczucie, że jestem sobą. Nie wiem od kiedy, może od początku tych wakacji jestem w sobie, u siebie, sobą, jestem pojedyncza, jednostkowa, własna taka, swoja i dobrze mi z tym. Bardzo.

A w międzyczasie, ciągle taka pojedyncza, znowu byłam wszędzie, na weselu na zamku, w górach i dolinach, w zieloności, w przeźroczystości, w błękicie i w międzyczasie w Hiszpanii, choć to ciągle Polska, ale upał był taki nieziemski, że się czułam jak w Portofino.

Do Irl wracamy 1 września, a do tego czasu nie czuję się na siłach obiecywać, że będę pisać. Bo na razie chłonę, wciągam w siebie głęboko wrażenia, zapachy, rozmowy, opowieści, i wszystko tam w środku się kotłuje, pracuje, dojrzewa, a na podzielenie się tym wszystkim brak mi dystansu, zbyt blisko to wszystko widzę, każdy detal wyraźny i powiększony ma swoje szczegółowe znaczenie, lecz nie ma jeszcze kontekstu, ogólności, głębi. Nitki opowieści wyciągane teraz za świeże są i będą się rwać i kosmacić, bez początku i końca gmatwać w wielowątkowość, a przecież tego nam wcale nie potrzeba.

Życie jest bowiem porządkowaniem układu zmiennych, nadawaniem znaczenia, układaniem w sens i możliwość, a chaos jest rozpadem, entropią, śmiercią.