Jeszcze nie wróciłam, choć wróciłam do siebie nareszcie, na szczęście, po tylu latach tułaczki mam uczucie, że jestem sobą. Nie wiem od kiedy, może od początku tych wakacji jestem w sobie, u siebie, sobą, jestem pojedyncza, jednostkowa, własna taka, swoja i dobrze mi z tym. Bardzo.
A w międzyczasie, ciągle taka pojedyncza, znowu byłam wszędzie, na weselu na zamku, w górach i dolinach, w zieloności, w przeźroczystości, w błękicie i w międzyczasie w Hiszpanii, choć to ciągle Polska, ale upał był taki nieziemski, że się czułam jak w Portofino.
Do Irl wracamy 1 września, a do tego czasu nie czuję się na siłach obiecywać, że będę pisać. Bo na razie chłonę, wciągam w siebie głęboko wrażenia, zapachy, rozmowy, opowieści, i wszystko tam w środku się kotłuje, pracuje, dojrzewa, a na podzielenie się tym wszystkim brak mi dystansu, zbyt blisko to wszystko widzę, każdy detal wyraźny i powiększony ma swoje szczegółowe znaczenie, lecz nie ma jeszcze kontekstu, ogólności, głębi. Nitki opowieści wyciągane teraz za świeże są i będą się rwać i kosmacić, bez początku i końca gmatwać w wielowątkowość, a przecież tego nam wcale nie potrzeba.
Życie jest bowiem porządkowaniem układu zmiennych, nadawaniem znaczenia, układaniem w sens i możliwość, a chaos jest rozpadem, entropią, śmiercią.