Się kompletnie oddałam działalności społeczno-politycznej, aż cieszę się, że się nie urodziłam tak z 30 lat wcześniej, bo już dawno byłabym umaczana w czerwieni, jak znam siebie. Albo bym siedziała we więźniu. Na dwoje babka wróżyła.
Pisanie dalej kiepsko. Ale po trupach zdań do celu. Takie mam właśnie wrażenie, że one takie trochę nieżywe są. Te zdania. Martwię się trochę, że martwe. I że tak trochę powoli, jak żółw ociężale. Hmm. Boję się, że to nie pisanie, tylko myślenie kiepsko. No cóż, niektórzy mają żywy umysł, a ja nieżywy. Nieżywy umysł warcabisty, bo jakoś tak się zaplątuję w rozumowaniach, Kasparow to ze mnie nie jest raczej. Dwa do przodu, do tyłu i w bok.
Z sukcesów to melduję, że 6 tygodni, 1 parapetówkę, 2 wyjścia do knajpy i parę okazji w pracy później nadal nie palę. I to mnie okropnie cieszy.
Oraz to, że dziś biegłam 13 minut BEZ PRZERWY i nie umarłam. Ani nie wyplułam płuca. Co mnie niepomiernie zdziwiło – 3 miesiące temu potrafiłam przebiec 2 minuty siłą mięśni, i jeszcze 1 minutę siłą woli, powstrzymując odruch wymiotny i chęć natychmiastowego położenia się na ziemi i wyzionięcia ducha. I nie, nie biegam codziennie, ani nawet systematycznie (hmm, oprócz wczoraj, to nie pamiętam, kiedy ostatni raz – może tak z 2 miesiące temu?). Jeżdżę do pracy na rowerze i trochę ćwiczę.
A na dodatek wczoraj sama naprawiłam sobie kompa. No i proszę, 70 euro w kieszeni. Jak się chce, to można, o proszę. Zawsze tę zasadę wyznawałam. Szczególnie w odniesieniu do tak zwanych pokus.
Jak widać moje życie to pasmo sukcesów.