Tytuł 426

Dziś Mi dostał zawiadomienie, że go przyjęli na magisterskie na UCD pod warunkiem, że zdał egzamin z angielskiego. Się ucieszyliśmy, ale jeszcze nie za bardzo, bo ten egzamin spędza mu sen z powiek i to już od paru miesięcy, zdawał go w sobotę, ale wyników jeszcze nie mamy. Także nie gratulować jeszcze. No ale nie puściliby go tutaj na studia, jeszcze czego, niechby tylko spróbowali, łobuzy jedne, najzdolniejszego studenta na naszym roku, moim, jakże obiektywnym, zdaniem. 

Rownież dziś ja dostałam spodziankę – listę godzin na przyszły rok. W najgorszym wypadku zarobię nieco ponad zasiłek dla bezrobotnych, w najlepszym takie samo nieco ponad płacę minimalną, no nie ma co, kasę trzepię i karierę robię, że hoho! Za to do kolekcji dostałam kolejne wykłady z tematu na którym się nie znam, czyli tym razem o młodzieży.

Także od września zapowiada się twórczo, choć biednie, ale wiadomo jakie romantyczne jest studenckie życie, nie mogę się już doczekać czasu chińskich zupek i paprykarzu szczecińskiego. Tfu, baked beans. Dodam jeszcze, że ewentualne studia Mi kosztowałyby trochę mniej niż połowę moich rocznych zarobków w najgorszym wypadku i trochę więcej niż jedną czwartą w najlepszym (uwielbiam humanistyczne opisy danych liczbowych, są takie cudownie rozwlekłe i wymagają dużo dodatkowej pracy czytelnika!).

Oprócz tego pisanie to krew, pot i łzy, wiadomo, chęć mordu i szaleństwo w oczach.



(z memami jesteśmy na bieżąco dzięki Adkowi, lat 13 i 1/3).