Tytuł 428

Siedzę. Po uszy. W pisaniu. Artykułu.

Idzie mi to jakbym po kamieniu… po kamieniu … tym białym skrobała. Styropianiem.

(Właśnie musiałam zapytać się googla: do ocieplania domów stosuje się …. Bo słowo styropian to biała plama w mojej głowie. I tak mam cały czas. Gdzie ten język wypływa? Czy jak jeden przychodzi, to drugi ucieka?)

Jakbym styropianem po kamieniu skrobała, jakbym plastelinę z kubka do kubka przelewała, jakbym w smole kraulem pływała. 

Tak mi się. Pisze.

Kulawe te moje zdania, przyciężkie, bez polotu, bez finezji, prostackie nogi stołowe podpierające rzeczywistość zbadaną.

Taki ten mój angielski jak betonowy fotel.



Ani wygodny, ani ładny. Tyle, że można na nim usiąść. Tyle.

Pocieszam się, że nawet ci, których z zachłannością teraz czytam, też mieli problemy. Tiziano Terzani, proszę bardzo:

Pisanie zawsze przychodziło mi z trudem i częściowo zostałomi to na całe życie. Odkryłem, że w redakcji były jedne drzwi zawsze zamknięte popołudniami, więc zapytałem: „Kto tam jest?” W odpowiedzi usłyszałem: „Tam? James Reston!” James Reston siedział tam cztery, pięć, sześć godzin, zamknięty w pokoju i pisał swoje sto dwadzieścia wersów! Cholera! Podbudowało mnie niesamowicie, że człowiek, piszący proste, pełne polotu, naprawdę niewymęczone teksty, które czytało się w porannym wydaniu, poświęcał na nie tyle godzin. (Koniec jest moim początkiem, str. 30).

Podbudowało mnie to bardzo.