Umarłam, zaraz wracam

Wszystko dobrze, wszystko dobrze, oprócz malutkiego ataczku paniczki, który mnie dopadł dziś przy garach i smażeniu chińszczaków, zaraz po tym, kiedy sobie psiknęłam przeterminowanym differsanem w gardło, i nagle zrobiło mi się słabo, błyski przed oczami, serce zaczeło mi szaleć, pognałam zatem do pokoju, jak najszybciej, by nie umrzeć po drodze ani przy kuchence, między stołem a zmywarką, wczepiłam się w Mi jak małpka, a duży Mi zapewnił mnie solennie, że jak stracę przytomność, to zaniesie mnie choćby na rękach wszędzie, gdzie będzie trzeba, na szczęście szpital jest blisko, przemknęło mi przez głowę, wprawdzie położniczy, ale w razie czego podłączą mnie do jakiejś maszyny, która robi pink, ale w sumie będzie wstyd, bo taka brudna jestem, zaraz mi się pomyślało, od trzech dni się nie kąpałam, mam plamę od sosu na piżamie, a piżamę na sobie, bo jestem chora, bo to cholerne gardło, przez które zaraz umrę!

Z częstych ataków paniki zostały mi tylko nieczęste, na przeterminowane leki zawsze mogę liczyć, tak samo jak grzyby, po których kęsie zaczynam umierać, mam wszytkie objawy, jakie mogę mieć, ślinotok, myślotok, palpitacje serca i rozumu, błyski i mroczki przed oczami, zależnie od tego, co tam moja podświadomość sobie akurat wyprodukuje, ociężałość w kończynach i kończystość ciężaru, cokolwiek to znaczy, powiedźcie mi o jakimś objawie, a na pewno go będę miała przy najbliższym występnie pani-ki. I naprawdę nie zależy to od tego, skąd mam grzyby, od przyjaciółki od serca czy wujka Mi, który całe życie zbiera grzyby. Moja podświadomość nie ufa ekspertom. Zachowuję wszytkie ulotki po lekach ‚w razie czego’, czytając listę objawów niepożądanych wiem, że za tydzień-dwa będę miała wszystkie, no, chyba, że będę zbyt zajęta, by sobie o nich przypomnieć;)

Jeśli czytacie te słowa, to znaczy, że żyję, choć gardło dalej napieprza, tym razem razem z uchem, czuję się jak dziecko, jeśli to angina. A nie co innego. Ale to już temat na inną opowieść  hipohondryka.