Tytuł 443

– To poproszę 5 tych cienkich cielęcych i 5 tych wiedeńskich. I jeszcze tą kruchą kiełbaskę. I pasztet może. No tak troszkę, no tyle, ooo tak. 

I teraz kurcgalopkiem do domu, szybko, szybko, nastawić wodę, muszta jest, keczup jest, chrzan jest, to jeszcze trzy kromale buły, wyciągnąć parówy z wody i aaaaach!

Co robi żona wegetarianina jak męża nie ma w domu? Właśnie wtrąbuje (?? wtrąbia?) 10 parówek. 

 

Życie mnie bowiem od wczoraj przerasta, albo ja przerastam życie. Czasami mam wrażenie, że moja rzeczywistość wewnętrzna rozlewa się na tę zewnętrzną. Kiedy wczoraj w końcu wyszłam z pracy po 5 godzinach (a wpadłam tylko na godzinkę oczywiście), podeszłam do mojego roweru zaparkowanego nieopodal, włożyłam wszytkie papierzyska i torebkę do koszyka, nagle zauważyłam, że KTOŚ przypiął mi rower swoim zamkiem. Do słupa. MÓJ ROWER. PRZYPIĘTY. NA AMEN.

I co mam teraz zrobić?? Czekać przy rowerze, aż szanowny pan/pani zorientuje się, że KURWA MAĆ SKAZAŁ MNIE NA CZEKANIE W DESZCZU?? A może usiąść w kawiarni na przeciwko i przy stygnącej herbacie godzinami wbijać wzrok w cholerny słup i rower??

Wkurzyłam się tak, że zaczęłam kopać słup i rower i przeklinać w obu znanych mi językach. W trakcie dziesiątej KUR… słowo zamarło mi na ustach, albowiem dotarło do mnie, że TO NIE MÓJ ROWER. 

 

O_O

 

Nie ten rower, nie ten słup, nie ten zamek.

 

 

O tym, że w pracy zostawiłam kask, a kurtkę zgubiłam po drodze dowiedziałam się dopiero po paru godzinach, u koleżanki. Żeby wszelkie wątpliwości rozwiać delikatnym podmuchem zefirka dodam jeszcze, że nie, nie spożywałam wczoraj napojów wyskokowych, ani nie paliłam żadnych ziół.

Sprawdzałam egzaminy. Byłam wrakiem człowieka.

Wracałam od koleżanki, a strumienie deszczu płynęły po obu stronach mego lica, wpływały mi za kołnierz i wypływały pod spódnicą, by wchlupać się po rajtuzkach do kozaczków. Prace dyplomowe powoli pokrywały się pleśnią w koszyku. Kurtki nie było. Kasku nie było. Szczerze mówiąc niczego nie było, bo widziałam tylko krople deszczu i mgłę na okularach.

 

Ale na szczęście było to 10 parówek temu.

Tytuł 444

Przestało padać!!!

I nagle zobaczyłam, że jednak jest wiosna. Jest niebo, ptaki, kwiaty, delikatny różowy wieczór z balsamicznym powietrzem.

Ale zanim był wieczór, słońce świeciło CAŁY DZIEŃ, właściwie waliło jak wściekłe, temperatura skoczyła do niesłychanych 15 stopni i cały Dublin, wszystkie dzieci, matki, ojcowie, pracownicy, szefowie, bezdomni, turyści, hipsterzy, hippisi, anarchiści, kokainiści, bankowcy, pracownicy Starbucksa, Pakistańczycy z tanich kebabowni, Chińczycy z tanich chińszczaków, Hindusi z hinduskich restauracji, Polacy z polskich sklepów Mróz i Polonez (a nad wejściem orzeł biały), Hiszpanie, Portugalczycy, Baskowie, i oczywiście Irlandczycy, słowem caluśkie miasto Dublin, łącznie ze mną, oszalało. Rower! Piłka! Skakanka! Ciężarki! Drążek do podciągania się! Już o drugiej nie mogłam wysiedzieć w domu nad tomiszczami w pedeefach, w amoku wskoczyłam na rower i pognałam do miasta do sklepu sportowego. 

Ale wszyscy już tu byli przede mną, głupia dziewczynko, nie trzeba było siedzieć nad książkami, tylko w te pędy kupować piłki, drążki i rowery, bo teraz możesz se tylko usiąść i zapłakać, sierotko. NIe było roweru dla Adka, ani skakanki, ani ciężarków, ani piłek futbolowych. Ostał się ino drążek do podciągania się. I wielka gym ball. Sierotka zatem kupiła i drążek i gym ball i przy okazji telefon, kabelek, dwie książki (przepraszam już nie będę). Załadowała to wszystko na rower, wróciła do domu i padła i nieopatrznie odebrała telefon, z którego zrozumiała piąte przez dziesiąte, skutkiem czego umówiła się na pub quiz wieczorem. Na który miała nie iść, bo pub, Guinness i pociąg do fajek,  bo quiz, bo marną ma wiedzę ogólną, a szczegółową z tzw. kultury popularnej Irlandii jeszcze marniejszą. Ale poszła.

Ale to już zupełnie inna historia.

prognoza pogody z

Deszcz padał cztery lata, jedenaście miesięcy i dwa dni, jeśli ktoś chciałby poczuć klimat Irlandii, choć doprawdy nie wiem dlaczego ktokolwiek miałby to robić, jeśli jednak ktoś, nie wiadomo dlaczego, właśnie tego pragnąłby, wystarczyłoby mu wczytać się w pierwsze strony Stu lat samotności Marqueza.

Ale my dzisiaj nie sugerujemy się rdzewiejącymi nitkami brokatów i wodorostami kiełkującym na bieliźnie, nie dajemy wiary ślimakom i ropuchom w domu, ani też kwiatkom wyrastającym między trybami jałowych maszyn, na przekór rzeczywistości jedziemy dziś na basen wierząc, że gdy uparcie będziemy odmawiali realności strugom deszczu i wilgoci, one same przestaną w siebie wierzyć i znikną wysychając na wiór.

Codziennie niestrudzenie sprawdzamy prognozę pogody, komunikaty o czterech stopniach w nocy i dziesięciu w dzień traktując jak fatamorganę, precyzyjnie wyrysowane chmurki ze zwisającymi kroplami uznając za chwilowe złudzenie i przymykając oczy na strzałki sugerujące siłę wiatru zrywającą dachy domów, rozwalajacą ściany i wyrwającą z ziemi ostatnie sadzonki na plantacjach.

Nasza niezłomna postawa przejawia się również w korzystaniu z roweru jako jedynego środka komunikacji miejskiej, ignorowaniu potoków wlewających się przez dziury w kasku, nieprzywiązywaniu wagi do kropel na okularach i mokrych spodni. Z zawziętością godną lepszej sprawy zaczęliśmy nosić okulary przeciwsłoneczne, potykanie się w ciemności wpisując w koszty odczarowania świata.

Paradoksalnie humor nam dziś dopisuje, załatwiamy przeróżne sprawy urzędowe, piszemy maile, dostarczamy dokumenty, życie jest krótkie i mokre i full of kałużas, ale nie ma co za bardzo się go obawiać.