Tytuł 439

Uff, urodzinowe przyjęcie Adka przeszło już do historii.

Gościliśmy ośmioro gości, ośmioro czternastolatków i choć byłam (psychicznie) przygotowana, że rozniosą dom, nic takiego nie nastąpiło. Do dziś nie mogę wyjść z zadziwienia, jak grzeczni byli, proszę, przepraszam, dziękuję, frezje w wazonie w dużym pokoju stoją jak stały, dywan czysty, NIC się nie rozlało, żadnych tostów za szafą i rzucania się pizzą, żadnej szyby zbitej piłką, ŻADNYCH strat. Może to cisza przed burzą, myślę sobie, przed szesnastką i pierwszymi próbami z alkoholem, przed wypraszaniem rodziców z domu na czas imprezy. Przypomina mi się, jak miałam 16 lat i na pierwszym wyjściowym sylwestrze wypiłam całą szklankę whiskey, pierwszy alkohol w życiu, i rzygałam przez okno i tak mnie rodzice zastali, kiedy przyszli mnie odebrać o 1 w nocy.

Adka koledzy tylko gadali do rana, już jasno było, jak obudziły mnie śmiechy z dołu, ale zaraz się cicho zrobiło, bo wszystkich wreszcie zmęczenie dopadło. I nic dziwnego, przyjęcie zaczęło się bowiem od wyjścia do Gravity, ścianki wspinaczkowej w Inchicore, które jest ostatnim przebojem wśród Adka kolegów. Taka fajna pasja, myślałam sobie kiedy fundowałam chłopakom półtorej godziny wspinania, taka zdrowa korba, myślałam i wpominałam mój jedyny bezpośredni kontakt ze wspinaniem, kiedy weszłam na tzw. wielbłąda i zjechałam na małpie i to by było na tyle, gdyż boję sie wysokości, a jeszcze bardziej boję się zaklinowania w jakiejś skalnej szczelinie. Wchodzenie do góry kominem to dla mnie jakaś wymyślna tortura, a takie coś



to ostatni krąg piekła. Pustka i przepaść.

Ale babki, babki w tym climbing centre były niesamowite, piękne, zgrabne, wysportowane, mogłabym się patrzeć godzinami jak zgrabnie robią przewieszki, trawersowania, przejścia, gdybym była facetem, tobym se wzięła babkę co się wspina;)

Chłopaki się zatem pogimnastykowały na ściankach, potem pograły w piłkę, zamiast oglądać finał Ligi Mistrzów (jaki wynik? słychać było co chwilę z podwórka), co też było lepsze od siedzenia na kanapie i śledzenia meczu, kiedy to się dzieje, myślałam sobie, kiedy następuje ta zmiana, że zamiast biegania z piłką po podwórku OGLĄDA się bieganie z piłką w telewizji, zamiast adrenaliny wyciśniętej z prób strzelenia gola, karmi się adrenaliną z oglądania prób strzelenia gola?

Urodziny były zatem udane, oprócz tortu malinowo-czekoladowego, który nasączyłam litrami zielonej herbaty i soku z cytryny i który rozpłynął się pod twardą czekoladową polewą, kiedy próbowałam go pokroić. Ale Adek orzekł, że jest to ‚the best cake you’ve ever made’ , więc skupiłam się na treści tortu i olałam formę i od razu poczułam się doceniona:) Bo jest naprawdę smaczny (ostatni kawałek czeka w lodówce).

A na koniec dodam, że po weekendowej diecie tortowo-tostowo-chipsowej ważę MNIEJ niż przed weekendem. WTF?

Dodaj komentarz