A w sobotę i niedzielę byłam na konferencji.
Pierwszego dnia miałam stan schizo-paranoidalny.
Podczas przerwy na kawę siedziałam sama przy pustym stoliku i nawet wiersz o samotności napisałam;), co świadczy już o ciężkim zaburzeniu.
Ludzie się na mnie dziwnie patrzyli.
Polka, z którą gadałam, była nieprzyjemna.
Druga Polka w ogóle do mnie nie zagadała, choć z tą pierwszą gadała. A byłyśmy tylko trzema Polkami na konfie.
Jedna Irlandka, do której podeszłam na przerwie a propos jej prezentacji, nie zrozumiała sedna mojej myśli i się dziwnie popatrzyła.
Kiedy zadawałam pytania podczas wystąpień robiłam się czerwona jak burak.
I spocona.
Ludzie na mnie dziwnie patrzyli.
Ja sama na siebie dziwnie patrzyłam: „Co ja tutaj robię? Ooo, co ja robię tu??”.
Nikt mnie nie znał, ja nikogo nie znałam.
Nikt nie wiedział, skąd się wzięłam, bo sobie nazwy szkoły na wizytówce nie wpisałam (jeszcze nie mam odpowiedzi, czy mi zasponsoruje mi konfę, więc wykupiłam wejście najtańsze, jako bezrobotna;)
Czułam się okropnie. Z przerwami, kiedy siedziałam w sali i słuchałam prezentacji. Wtedy było mi wszystko jedno jak wyglądam i jak mnie oceniają, bo najbardziej mnie ciekawiły wystąpienia.
Strasznie zazdrościłam wszystkim, że takie fajne badania robią.
Czułam się jak głupek.
Spocony, czerwony głupek. Z Polski.
Ludzie się dziwnie patrzyli.
Oficjalny obiad odpuściłam sobie.
Tak, pierwszy dzień był koszmarem.