wieści z frontu

 

Obraziłam się na moją szkołę od piątku.

Żebyście wiedziały, że to nie tak słodko to wszystko wygląda.

Ogólnie sytuacja jest taka: od trzech lat pracuję na kontrakcie. No i wiadomo, bardzo się cieszę, była to wielka szansa i w ogóle dało mi to jakieś możliwości. Ale prawda jest taka, że szkoła też na mnie zyskuje. I jest im wygodnie mieć mnie na takim podorędziu, kiedy dają mi przedmioty jakie akurat mają na zbytku, a żadnych zobowiązań wobec mnie nie mają. Majstrują więc przy kontraktach, bo pomimo, że pracuję tam 3.5 roku, nie mam tzw. ciągłości pracy i nie nabywam praw pracowniczych. To jak z umową na czas określony w Polsce. Dodatkowo mam kontrakt od września do sierpnia, z miesięczną przerwą. Ale tak naprawdę płacą mi za ilość przeprowadzonych godzin, więc jak na przykład w tym roku nie dopisali studenci i jeden kurs, na którym miałam uczyć do lipca, został odwołany, to już od maja nie mam (prawie) żadnych zarobków. Mimo, że faktycznie pracuję do sierpnia – cały czas są jakieś zaległe zaliczenia, Spotkania programowe odnośnie przyszłego roku czy ocen studentów, dodatkowo egzaminy poprawkowe w sierpniu, które muszę sprawdzić i ocenić.

Piszę, że prawie nie mam żadnych zarobków, bo tak naprawdę to miałam jeszcze parę michałków: prowadzenie studentów dyplomowych, za co należy mi się 300 euro za każdą osobę, który zda, bycie referentem (nie ja prowadzę studenta, ale oceniam pracę), za które dostaję dodatkowo 40 euro. Jak zatem widzicie nie są to w sumie duże pieniądze. W tym roku miałam 4 studentów dyplomowych, z czego jedna osoba się obroniła, pozostałe kiepsko widzę. I jak to zwykle bywa właśnie ci pozostali przemielili mnie jak zboże – spotykałam się z nimi, prowadziłam upiorną korespondencję, godzinami ślęczałam nad pracami poprawiając gramatykę, styl, interpunkcję (co nie leży w moich obowiązkach, ale jak zdanie nie ma orzeczenia, to naprawdę trudno się sensu doszukać, a o sens tu przecież chodzi) i oczywiście doradzałam w sprawach merytorycznych. 

No i teraz mam dodatkowo 4 prace do recenzji. Czyli razem 120 euro. I to wszystko, aż do października. A kontrakt mam, jak pisałam, do sierpnia.

Zapytałam się zatem uprzejmie mojej szefowej, czy bym nie mogła za każdą pracę dostać pieniędzy w kolejnym miesiącu. Żeby przez te 4 miesiące mieć choćby ubezpieczenie społeczne płacone, co może mi się przydać, jakbym musiała starać się o zasiłek w przyszłym roku – jak wiadomo sytuacja w Irl jest niepewna, kryzys zamiast sobie pójść gryzie coraz bardziej. W mojej szkole z powodu braku studentów zlikwidowali już jeden kierunek, i to właśnie ten, na którym miałam parę godzin fajnych wykładów.

Szefowa przesłała maila do jeszcze główniejszej szefowej, ta do kadr, a ciumcia z kadr odpowiedziała, że nie. 

Nie, bo nie. Bo wykładowcy muszą mieć płacone w danym miesiącu za godziny, które w nim przepracowali. Oczywiście tak naprawdę to nigdy tak nie było, czasem dostawałam zastępstwa już po rozliczeniu danego miesiąca, czasem wykładowcy w ogóle nie rozliczają jakiś swoich michałków aż do września.

Wychodzi na to, że faktycznie pracuję, ale formalnie nie pracuję, nie jestem ubezpieczona i nie liczy mi się ten czas do emerytury. Pomimo, że jestem w szkole 2 razy w tygodniu, siedzę w domu nad pracami, programami, sylabusami, pomysłami, poprawkami itd itp.

Szkoła, rozkładając mi płatność na raty, nie wydaje więcej, niż płacąc mi jednorazowo. Przepraszam – może wydaje. Jakieś 5 euro miesięcznie. 

Wkurzyłam się tak bardzo, że wysmażyłam drugi list do pani z kadr i moich dwóch szefowych. Mam już gotowy kolejny list to głównej kadrowej. Jutro idę do pani z księgowości, która rozlicza mi płace. Jestem w takim nastroju, że jak trzeba, to pójdę do głównego szefa.

Oczywiście wszystko grzecznie, uprzejmie i bez zaperzania się.

Poza tym mam zamiar skontaktować się ze związkami zawodowymi. 

Będę upierdliwa na maksa.

Nie będą mi świniaki pluć w twarz.