Tytuł 442

Zaprawdę powiadam wam, trzymam się pazurami stołu i piętami podłogi, aby nie wkleić wam tu fragmentów z pracy, którą właśnie sprawdzam. Albowiem byłoby to nauczycielskim grzechem śmiertelnym. Ale paluchy mnie świerzbią.

I tylko ta piosenka chroni mnie dziś przed totalnym szaleństwem:



Szczególnie zaś whack follol de rah pod koniec każdej zwrotki, czyli 

 „the nonsense syllables which seem to burst out to express some sort of undefinable triumphant intensity of living”.

(nonsensowne sylaby, wykrzyczane, aby wyrazić jakiś rodzaj niezdefiniowanej, triumfalnej intensywności życia)

 

Więc, whatever, whack follol de rah!

Tytuł 443

– To poproszę 5 tych cienkich cielęcych i 5 tych wiedeńskich. I jeszcze tą kruchą kiełbaskę. I pasztet może. No tak troszkę, no tyle, ooo tak. 

I teraz kurcgalopkiem do domu, szybko, szybko, nastawić wodę, muszta jest, keczup jest, chrzan jest, to jeszcze trzy kromale buły, wyciągnąć parówy z wody i aaaaach!

Co robi żona wegetarianina jak męża nie ma w domu? Właśnie wtrąbuje (?? wtrąbia?) 10 parówek. 

 

Życie mnie bowiem od wczoraj przerasta, albo ja przerastam życie. Czasami mam wrażenie, że moja rzeczywistość wewnętrzna rozlewa się na tę zewnętrzną. Kiedy wczoraj w końcu wyszłam z pracy po 5 godzinach (a wpadłam tylko na godzinkę oczywiście), podeszłam do mojego roweru zaparkowanego nieopodal, włożyłam wszytkie papierzyska i torebkę do koszyka, nagle zauważyłam, że KTOŚ przypiął mi rower swoim zamkiem. Do słupa. MÓJ ROWER. PRZYPIĘTY. NA AMEN.

I co mam teraz zrobić?? Czekać przy rowerze, aż szanowny pan/pani zorientuje się, że KURWA MAĆ SKAZAŁ MNIE NA CZEKANIE W DESZCZU?? A może usiąść w kawiarni na przeciwko i przy stygnącej herbacie godzinami wbijać wzrok w cholerny słup i rower??

Wkurzyłam się tak, że zaczęłam kopać słup i rower i przeklinać w obu znanych mi językach. W trakcie dziesiątej KUR… słowo zamarło mi na ustach, albowiem dotarło do mnie, że TO NIE MÓJ ROWER. 

 

O_O

 

Nie ten rower, nie ten słup, nie ten zamek.

 

 

O tym, że w pracy zostawiłam kask, a kurtkę zgubiłam po drodze dowiedziałam się dopiero po paru godzinach, u koleżanki. Żeby wszelkie wątpliwości rozwiać delikatnym podmuchem zefirka dodam jeszcze, że nie, nie spożywałam wczoraj napojów wyskokowych, ani nie paliłam żadnych ziół.

Sprawdzałam egzaminy. Byłam wrakiem człowieka.

Wracałam od koleżanki, a strumienie deszczu płynęły po obu stronach mego lica, wpływały mi za kołnierz i wypływały pod spódnicą, by wchlupać się po rajtuzkach do kozaczków. Prace dyplomowe powoli pokrywały się pleśnią w koszyku. Kurtki nie było. Kasku nie było. Szczerze mówiąc niczego nie było, bo widziałam tylko krople deszczu i mgłę na okularach.

 

Ale na szczęście było to 10 parówek temu.