Tytuł 444

Przestało padać!!!

I nagle zobaczyłam, że jednak jest wiosna. Jest niebo, ptaki, kwiaty, delikatny różowy wieczór z balsamicznym powietrzem.

Ale zanim był wieczór, słońce świeciło CAŁY DZIEŃ, właściwie waliło jak wściekłe, temperatura skoczyła do niesłychanych 15 stopni i cały Dublin, wszystkie dzieci, matki, ojcowie, pracownicy, szefowie, bezdomni, turyści, hipsterzy, hippisi, anarchiści, kokainiści, bankowcy, pracownicy Starbucksa, Pakistańczycy z tanich kebabowni, Chińczycy z tanich chińszczaków, Hindusi z hinduskich restauracji, Polacy z polskich sklepów Mróz i Polonez (a nad wejściem orzeł biały), Hiszpanie, Portugalczycy, Baskowie, i oczywiście Irlandczycy, słowem caluśkie miasto Dublin, łącznie ze mną, oszalało. Rower! Piłka! Skakanka! Ciężarki! Drążek do podciągania się! Już o drugiej nie mogłam wysiedzieć w domu nad tomiszczami w pedeefach, w amoku wskoczyłam na rower i pognałam do miasta do sklepu sportowego. 

Ale wszyscy już tu byli przede mną, głupia dziewczynko, nie trzeba było siedzieć nad książkami, tylko w te pędy kupować piłki, drążki i rowery, bo teraz możesz se tylko usiąść i zapłakać, sierotko. NIe było roweru dla Adka, ani skakanki, ani ciężarków, ani piłek futbolowych. Ostał się ino drążek do podciągania się. I wielka gym ball. Sierotka zatem kupiła i drążek i gym ball i przy okazji telefon, kabelek, dwie książki (przepraszam już nie będę). Załadowała to wszystko na rower, wróciła do domu i padła i nieopatrznie odebrała telefon, z którego zrozumiała piąte przez dziesiąte, skutkiem czego umówiła się na pub quiz wieczorem. Na który miała nie iść, bo pub, Guinness i pociąg do fajek,  bo quiz, bo marną ma wiedzę ogólną, a szczegółową z tzw. kultury popularnej Irlandii jeszcze marniejszą. Ale poszła.

Ale to już zupełnie inna historia.