Deszcz padał cztery lata, jedenaście miesięcy i dwa dni, jeśli ktoś chciałby poczuć klimat Irlandii, choć doprawdy nie wiem dlaczego ktokolwiek miałby to robić, jeśli jednak ktoś, nie wiadomo dlaczego, właśnie tego pragnąłby, wystarczyłoby mu wczytać się w pierwsze strony Stu lat samotności Marqueza.
Ale my dzisiaj nie sugerujemy się rdzewiejącymi nitkami brokatów i wodorostami kiełkującym na bieliźnie, nie dajemy wiary ślimakom i ropuchom w domu, ani też kwiatkom wyrastającym między trybami jałowych maszyn, na przekór rzeczywistości jedziemy dziś na basen wierząc, że gdy uparcie będziemy odmawiali realności strugom deszczu i wilgoci, one same przestaną w siebie wierzyć i znikną wysychając na wiór.
Codziennie niestrudzenie sprawdzamy prognozę pogody, komunikaty o czterech stopniach w nocy i dziesięciu w dzień traktując jak fatamorganę, precyzyjnie wyrysowane chmurki ze zwisającymi kroplami uznając za chwilowe złudzenie i przymykając oczy na strzałki sugerujące siłę wiatru zrywającą dachy domów, rozwalajacą ściany i wyrwającą z ziemi ostatnie sadzonki na plantacjach.
Nasza niezłomna postawa przejawia się również w korzystaniu z roweru jako jedynego środka komunikacji miejskiej, ignorowaniu potoków wlewających się przez dziury w kasku, nieprzywiązywaniu wagi do kropel na okularach i mokrych spodni. Z zawziętością godną lepszej sprawy zaczęliśmy nosić okulary przeciwsłoneczne, potykanie się w ciemności wpisując w koszty odczarowania świata.
Paradoksalnie humor nam dziś dopisuje, załatwiamy przeróżne sprawy urzędowe, piszemy maile, dostarczamy dokumenty, życie jest krótkie i mokre i full of kałużas, ale nie ma co za bardzo się go obawiać.