Tytuł 445

Lato już było.

Od miesiąca wieje i leje i grad i piździ po prostu, nie bójmy się tego słowa, piździ i wieje i leje i tak w kółko. Normalnie nie przeszkadza mi taka pogoda, tak już tutaj jest, już się przyzwyczaiłam, nie rwę włosów z głowy i nie kupuję ubrań na lato, nie zbieram bluzeczek na ramiączkach i sandałów, nie wychodzę z domu bez parasola i nie liczę na to, że wyskoczę w krótkim rękawku mojej najnowszej kreacji. Pamiętam nasze pierwsze lato tutaj, kiedy siedzieliśmy w domu cały lipiec i sierpień patrzyliśmy na stugi deszczu spływające po szybie na całą ścianę, poczucie jesieni i zagłady nas nie odstępowało. Ale przecież ostatnio tak nie było, ostatnio dawałam sobie radę, pada deszcz, myślałam, po to, żeby do pubu bez wyrzutów sumienia pójść, żeby przy kominku posiedzieć, książkę poczytać bez uczucia straty czasu, zakopać się w kocach i poduchach, parzyć lipową herbatę z malinowym syropem przez cały rok na okrągło. 

A teraz coś mnie dopadło. Smutek jesieni, nostalgia herbacianych róż, poczucie końca, starości, nieuchronności, braku szans, braku odwagi, braku wiary w siebie.

Może przeżywam trzydziestkę, symboliczną granicę końca młodości i końca poczucia „jeszcze wszytko mogę”, spóźnioną o siedem lat. A może brak pracy mnie dopadł, z mnóstwa spraw jak zwykle na wczoraj, przyśpieszonej nauki tematów, o których miałam blade pojęcie mówiąc delikatnie, wpadłam nagle w pustkę braku konieczności, niesłychanie rozciągniętą przestrzeń możliwości, interregnum, bez-władzie, kiedy imperatyw zewnętrzny „na wczoraj” stracił nagle władzę, a imperatyw wewnętrzny jeszcze sobie śpi, choć słyszę już jak się przewraca i krzyczy przez sen. O tym, że jestem nikim.

Jest tyle rzeczy, które powinnam robić, które wręcz czekają, aż je zrobię, które nie zaistnieją bez mojej pomocy, nie zostaną powołane do życia, nikt się o nich nie dowie i na zawsze znikną bez pamięci, bez tego choćby mimalnego szacunku pamięci, jaki przysługuje rzeczom niedokończonym, aczkolwiek zaistniałym, porzuconym, ale przynajmniej zaczętym. Ale coś mnie powstrzymuje, krępuje mi wolę i ruchy, uciska tchawicę, wypompowuje energię i dusi. Moje własne tchórzostwo i lenistwo, strach przed staniem się, przed uzurpacją rzeczywistości do której nie mam prawa.

Z tego wszystkiego strasznie się upiłam ostatnio, ale to, zamiast przynieść ukojenie, tylko jeszcze większe lęki przyniosło, dżn uwolniony z butelki okrutnie się zemścił i spełniwszy obiecane jedno życzenie próbował mnie zabić dnia następnego i nękał przez kolejne parę dni w postaci pewnego biblijnego króla znanego ze swej sprawiedliwości, szczegóły do wiadomości redakcji.

A teraz idę na Street Party, może nie będę dancing in the rain.