Dzień – jak powiew lata

Dzień – słoneczne ćmy

Taki właśnie dzień, jak błyszczący kamyczek, jak złotko, jak nagły i niespodziewany podarunek, co to go się najpierw nie chce, niedowierza szczerości, odrzuca, wygląda za okno, że słońce, i czeka, że zacznie padać i je się śniadanie i pije się kawę i wygląda się przez okno, a tam dalej słońce, i wychodzi się na ganek i aż się mruży oczy w słońcu, więc szybko się wraca i ogląda się mecz Śląska Wrocław w internecie, i nagle się jest głodnym, więc jeszcze smaży się słodkie ziemniaki i wcina z sałatą i fetą, i krzyczy na dziecko, że mu nie smakuje, i wygląda się przez okno, i idzie się podlać przesadzoną wczoraj różę, a tu dalej słońce.
Więc w końcu wychodzi się z domu, z przekonaniem, że jak tylko się wyjdzie, to przyjdą chmury i wiatr i zacznie wiać i zimnić i trzeba będzie wracać, i nagle stąpa się w nierzeczywistym świecie, zalanym słońcem kraju kwitnącej wiśni,
szerokim ulicami
niosą szczęście zakochani, popatrz
wdycha się balsamiczne powietrze końca marca, pełne zapachów, które się czuje pomimo, że ma się wciąż wiosenny katar, i idzie się, idzie i spotyka przyjaciół, i nie ma się wcale ochoty wracać, nic a nic, więc skręca się do parku, i dalej nie ma się ochoty wracać. Nic a nic.
Aż do samego wieczora.
