Jak ten czas ucieka! Ani sie obejrzysz, a juz kolejne pare dni myk myk myk, mignelo ci zaledwie, jak ty jeszcze sie nie uporales z wyborem slow opisujacych zaprzeszly tydzien, z wyborem mysli o minionym tygodniu, z wyborem tego, co zostanie w pamieci, a co na zawsze przepadnie w nieswiadomosci.
I tak to minal mi kolejny tydzien – w piatek irlandzkie karaoke w naszym ulubionym miejscu

ja nie odwazylam sie spiewac, bo z moich rozlicznych talentow spiewanie jest akurat tym, ktorego nie posiadam, ale Mi wystapil z szalona wersja „I wanna be your dog” Iggy Pop’a i wygral nagrode for the best effort, czyli za wysilek wlozony.
St. Patricks day jakos mnie tym razem nie wciagnal, raczej omijalam pijane masy, nastolatki z rozmazanym makijazem w podartych rajstopach, niech sie ciesza, myslalam sobie, niech sie ciesza, niech zachlysna sie troche szalenstwem, zanim praca dzieci dom i tak juz az do konca, nie zazdroscilam im tego chwilowego poczucia, ze sa mlodzi, ze jeszcze wszystko moga, ze zmienia swiat, zanim poczuja, ze nawet zmienianie tylko siebie samego jest bolesne i nie zawsze sie udaje, a swiat i tak bedzie podazal swoja droga, zanim przedra sie przez poklady rozczarowania, bolu i zwatpienia by dojsc do tego, ze nie warto sie smucic i ze mimo, ze nie ma sie wszystkiego i tak ma sie nieskonczenie duzo w kazdej chwili.
Tak sobie rozmyslalam jadac na rowerze o godzinie czwartej siedemnastego marca roku dwa tysiace dwunastego, kiedy juz parada sie skonczyla, rodziny z malymi dziecmi poszly do domu, staruszki podreptaly na popoludniowa drzemke, a zycie towarzyskie przenioslo sie do pubow, by za chwile znowu wylac sie na ulice i w smugach dymu i strugach piwa krzykliwie oznajmiac, ze sie jest Irlandczykiem, nawet, jesli tylko na ten jeden jedyny dzien w roku.
A wczoraj, wczoraj bylam na najpiekniejszym spacerze swiata. Bylo tak
a potem tak
i tak
Zdjecia niestety nie sa moje, ukradlam z sieci, niemniej jednak zaswiadczam wam oto uroczyscie, ze sa prawdziwe. TAK wlasnie bylo.
A potem wrocilismy do domu, przez wieczorny Dublin, ciemny juz, ale pelen swiatel i ludzi szykujacych sie na kolejny wieczor zabawy, bo jutro przeciez nastepny dzien wolny, bank holiday!, Dublin pelen kobiet w wysokich czerwonych szpilkach, lekko wstawionych, i mezczyzn w zielonych kapeluszach, lekko pijanych, nastolatek w krotkich spodenkach i rajstopach z dziesiecioma juz teraz oczkami, o rozmytym spojrzeniu spod natapirowanych fryzur i ciezkich czarnych rzes, nastolatkow w obowiazkowych bluzach dresowych, jednoczesnie groznie i wesolo lypiacych spod grzywek, precyzyjnie wyczesanych grzebieniem o szerokich zabkach i pracowicie przyklejonych do czola.