wszystkiego najlepszego, kochana

Urodzinowa kawka, a nawet dwie.

 

Po rozmowie z bratem zastanawiam się czym jest dla mnie sukces w życiu?

 

Zawsze byłam ambitna i zawsze mnie coś tam gryzło w życiu – że ktoś tam coś tam, że prowadzi duże badania, że pracuje dla najlepszych uniwerków, że został ekspertem w dziedzinie, którą i ja się zajmowałam w czasie doktoratu. Że jest doradcą premiera, że ma lepszy tytuł, że zarabia kasę, że walczy o prawa człowieka, że coś tam ważnego w życiu robi.

A ja nie.

Ostatnio mi się to jakby trochę przewartościowuje.

 

Żyć z ludźmi, których się kocha.

Robić to, co się lubi, z ludźmi, których się lubi (a niektórych i kocha).

Móc się utrzymać ze swojej pasji (ale niekoniecznie w domu z ogrodem i basenem, z dwoma samochodami w najlepszej dzielnicy).

Robić to, w co się wierzy.

Nie chcieć/nie musieć się snobować, posiadać rzeczy, które mają komuś innemu zaimponować, zarabiać kasę po to, by móc sobie pozwolić na wizyty u psychologa 2 razy w tygodniu, by leczyć się z depresji. I jeszcze nazywać to krokiem do przodu – to, że SIĘ ZDECYDOWAŁO NA TERAPIĘ. 

Nie musieć robić rzeczy po których trzeba iść na terapię. Nie musieć walczyć na wojnie, nie musieć walczyć z konkurencją, nie musieć wciskać ludziom rzeczy, których nie potrzebują, a kupują za pieniądzę, których nie mają.

Nie musieć kupować rzeczy, których nie potrzebuję, za pieniądzę, które zarabiam robiąc rzeczy, których nie lubię.

Nie musieć tracić cennych godzin na sztafarz, pompę, sztampę, snobizm, lans.

Nie być jak Steve Jobs. Nie być jak człowiek sukcesu.

(Lansować się, że się nie lansuje;)

 

I to są moje życzenia dla siebie na przyszły rok i następne 100 lat.