Po tych szaleństwach na progu wiosny, spodniach w kwiatki i rowerach rozłożyło mnie ciupinkę, bo jednak zima, proszę państwa nadal była, jakby na to nie patrzeć.
Nie to co teraz.
Siostra moja wyjechała, trochę smutno, bardzo mi jej szkoda, ale kopnięta jest na maksa, szurnięta zdrowo, biedna moja mała siostrzyczka, co tak bardzo o siebie nie dba.
Adziarz rośnie, zaczął używać dezodorantu Lynx, spryskuje się cały, jak mu się przypomni, poza tym namiętnie się kąpie, jak mu się przypomni, i już się nie boi używać prysznicu, bo wcześniej to bał się, że się udusi pod tą lejącą się z góry wodą. Siedzi pół dnia na fejsie, drugie pół na necie a trzecie z kolegami na dzielni, przynosi mierniaki z religii (ale powiedzmy sobie szczerze – kto by dostał więcej niż 52% z testu z życiorysu błogosławionego Edmunda Ryża) i szóstki z gegry, matmy i historii, mamy bowiem umowę, że za każde 100% z testu (i nie 99 i nie 97) dostaje piątaka, którego może sobie wydać na dowolnie wybrane przyjemności. Staramy się trochę dekoncentrować nasze dziecko, na przykład udajemy, że nie zauważyliśmy, że gra 5 zamiast dozwolonych 2 godzin na komuterze, bo inaczej poszlibyśmy z torbami, cały zasiłek mojego bezrobotnego męża przeznaczany byłby na kino, McDonalda, gumy, jakieś wybuchające gostki, których nazwy nie pomnę, słynne ‚czi-en fi-et roll’ czyli uwielbianą bułę z kurakiem zamiast superowej domowej kanapki przygotowywanej przez tatusia.
O.