Tytuł 460

No dobra, jest definitywnie wiosna, słońce daje jak wściekłe, o 9 rano przyszedł pan od mycia okien, śmierdzi krowami, jak już pisałam, ale nie pan oczywiście, tylko powietrze i wiatr, który wieje, a ja założyłam moje spodnie w kwiatki, o proszę was bardzo, choć może troszkę ciemniejsze i w troszkę większe kwiatki, kupione w najciemniejszych czasach zimy, kiedy nikomu się jeszcze nie śniło, że będzie wiosna, i idę na rower. No odjechałam, kompletnie, Adek się na mnie patrzy i podnosi brwi do góry, ale już nas zna, już się w sumie niczemu nie dziwi, już od dawna wie, że jego rodzice są świrnięci, noszą jakieś dziwne ciuchy, przyjaźnią się z dziwnymi gośćmi i zamiast zarabiać kupę szmalu i nie mieć czasu na nic innego w wolnych chwilach zajmują się puszczaniem dziwnych filmów w dziwnym miejscu dla kompletnych dziwaków.

Jestem jak ten ptaszek idiota, głupszy niż się zdaje, nieprzyjaciel kota, matka pięciu jajek, śpiewam głupstwa niedowiary, że wiosna, że zielono, że słońce, że raz jeszcze cud się dokonał na naszych oczach, raz jeszcze się odrodziło, że jesteśmy i żyjemy.

Dodaj komentarz