Już od dawna wiem, że mój Mi i mocny alkohol to nie jest dobre połączenie. No cóż, przekonałam się po raz kolejny. Na Sylwestra wypił pół mojego rumu do mojito (na podkład swoich 4 piw) i śpiewał do 4 w nocy. Nie lubię go takiego upierdliwego.
Ale na szczęście już jest nowy rok i wszystko wróciło do normy. Będziemy uczesani i tak dalej.
A nowy rok przyniósł nam


zrozumienie faktu, że mamy kominek!
Posiadanie kominka wydawało mi się rzeczą bardzo skomplikowaną – bo przecież kominiarza trzeba wezwać, czy przewód drożny, różne sprzęciory trzeba mieć, jakieś kratki, parawany i tak dalej. Tym bardziej że w do naszego ktoś włożył specjalny elektryczny kaloryfer, taką elektryczną farelkę przystrojoną sztucznymi szczapkami drewna. Wszystko razem sprawiało wrażenie, że ten kominek to tylko atrapa. Ale jakiś czas temu zauważyłam, że od tej ściany ciągnie, a na dachu mamy komin. I kiedy na sylwestra na chwilkę odwiedziliśmy znajomych i posiedzieliśmy przy ogniu olśniła mnie myśl, że powinniśmy w końcu spróbować rozpalić nasz. Znajomi obdarowali nas na miejscu tą małą kratką widoczną na zdjęciu i voila! Naznosiliśmy starych kartonów i zrobiliśmy wczoraj próbę generalną. Jest cug! Jest cudownie!