Tytuł 472

Siedzę zanurzona w czyimś (blogowym) życiu od rana, to znaczy od 11, nie mam problemu z późnym wstawaniem. Co chwila omiatam myślą rzeczy, które przydałoby się zrobić, ale w sumie czemu akurat teraz? Wyrzucić ciuchy w których nie chodzę jeszcze zdążę, nie mam problemu z wyrzucaniem.

A tak sobie nic nie robię. Re-ge-ne-ruję się.

Generuję siebie.

I dobrze.

Trochę to mnie gryzie, bo tak regeneruję sie już od dwóch tygodni, ale czasem trzeba, prawda?

No nie, w sumie to jeszcze chorowałam i gotowałam, czyli, powiedzmy, od tygodnia.

Żeby zagłuszyć budzące się wyrzuty sumienia zaglądnęłam na konto pracowe (a strasznie tego nie lubię robić, jak mam wolne, bo zaraz czuję się zestresowana) i zobaczyłam, że nie mam zaległych żadnych strasznych rzeczy na wczoraj (oprócz 120 esejów do sprawdzenia, ale na to tydzień wystarczy, nie?). Nawet studenci jeszcze mnie nie molestują za bardzo.

Poza tym jak tylko pomyślę o odchudzaniu to mam ochotę na krówki/pierniczki/kawałek pleśniowego sera/kromkę gruuuubo posmarowaną masłem, prawie że się ślinię jak pies Pawłowa. Odchudzanie mnie wkurza i się na to nie zgadzam. Może po okresie będzie łatwiej.

Dziś znowu biegłam. Prawie 5 minut (no dobra, 4) bez przerwy. A potem jeszcze 4. Jak widać nie zamierzam się przemęczać. 

Grałam dziś również rolę złego policjanta i zabroniłam Adziarzowi pójścia na przesuper slipołwer u Michaela, ale dopiero co, czyli 3 dni temu, leżał z głową na moich kolanach i prawie płakał, że go ucho boli. Na szczęście okazało się,  że to nie ucho, ale węzły chłonne od kataru i zwykłego wirusa, co jednak wyklucza slipołwer w tym tygodniu. No cóż. Często mam problemy z byciem stanowczą, ale nie tym razem. Dziecko zatem łka u siebie w pokoju i mierzy się z rozczarowaniem. A ja się zaraz zmierzę z Desperatkami:)