... to ja nic nie wiem.
Albo inaczej – niczego nie jestem pewna.
Bo czym są dla mnie święta Bożego Narodzenia? Na pewno nie świętami Bożego narodzenia, jak bardzo by to w sumie pozytywnie dla mnie nie brzmiało – nie wierzę w niepokalane poczęcie i narodzenie Boga, wierzę w stajenkę, zimno, biedę i narodziny kogoś dobrego, kto wiedział więcej o życiu niż jemu współcześni.
Być może.
Jeśli zatem ich istotą nie jest uczczenie narodzin boga, to może zachowanie tradycji? Tak się zastanawiałam się ostatnio właśnie nad tą i inną tradycją. Czy jest ważna. I w sumie (choć przykro to mi się pisze) to nie wierzę w wartość tradycji. To znaczy wierzę w dobrą tradycję, nie wierzę w złą, nie wierzę, że sposoby życia i rozumienia świata, obrzędy, rytualne gesty i słowa są istotne tylko i wyłącznie dlatego, że przechowały się przez wieki (czy też jakiś czas, jak ‚nowa świecka tradycja’). Śmieszy i przestrasza nas rytualne zabicie owcy czy innego zwierzaka przez muzułmanów, z pietyzmem zaś walimy po głowach karpie, owinięte w czystą kuchenną ściereczkę. I nie mam tu nic przeciwko jedzeniu karpia w ogóle (jak mówi mój mąż „jem tylko te zwierzęta, które byłbym w stanie zabić”).
Są bowiem tradycje dobre i tradycje złe. Sama ‚tradycja’ jako taka nie jest pozytywna czy dobra jako całość, ‚tradycja’ bowiem to jest taki worek, do którego wrzucamy wszystko: ksenofobię i nieufność wobec obcych, zabobony, zdrowy rozsądek, który często nie ma nic wspólnego ze zdrowiem i rozsądkiem, język, przyzwyczajenie, wspomnienia, sentymenty, bajki słuchane na dobranoc, ‚mity miejskie’ i wiejskie, rytm dnia nastawiony na potrzeby rolnictwa bądź też fabryki z epoki wczesnoprzemysłowej, miłość naszych rodziców, mądrość i głupotę prababek i tak dalej i tak dalej.
Pozytywne wartościowanie „zachowania tradycji” nie ma zatem sensu – warto zachowywać tradycję dobrą, a wyrugować tradycję złą, prawda? Trudno mi sobie wyobrazić osobę upierającą się przy zachowaniu tradycji wkładania na trzy zdrowaśki chorych dzieci do pieca. Albo przestrzegającą ściśle tradycyjnej normy zakazującej obcinania kołtuna, bo z tego same nieszczęścia mogą wyniknąć przecież.
Dobra tradycja, ta warta zachowania to taka, dzięki której ludziom jest na świecie lepiej, w sumie zgodzę się tu z utylitarystami: dobra tradycja to taka, która polepsza życie wszystkich ludzi na świecie (niektórzy współcześni dodają: i zwierząt).
Jeśli zatem istotą Świąt Bożego Narodzenia jest zachowanie dobrej tradycji, to co ona tutaj oznacza?
Czy sedno jej tkwi w postnych potrawach? 12 daniach? Pasterce? Prezentach? Kolędach? Sianie pod obrusem?
Czy to wszystko jest „bardziej dobre” od indyka na pierwszy dzień świąt? Pieczonych brokułów i pasternaku? Mikołaja wyłażącego z komina? Kartek świątecznych na kominku? Rumowego ciasta wielkanocnego?
To wszystko nie ma znaczenia, bo istota tych świąt tkwi w czym innym: w spotkaniu się i ogrzaniu ciepłem naszych uczuć w ten straszny zimowy czas. Reszta to tylko rekwizyty. Przyzwyczaiłam się do takich a nie innych dekoracji i dlatego będę własnie takich używać, ale, tak naprawdę, nie mają one znaczenia. Ważne jest bowiem, że na przekór zimnie, wichurze, odległym gwiazdom, ciemnej i bardzo długiej nocy, pustym drzewom, ziemi, co nie rodzi i wodzie, co zamarza, my jesteśmy i jeszcze trochę będziemy. Możemy się trochę przy sobie ogrzać i znowu razem uwierzyć w ten nasz ludzki świat.
A zatem w temacie świąt, to zrobiłam przyjęcie bożonarodzeniowe dla znajomych Polaków i Irlandczyków, z barszczem, uszkami, pierogami, postną kapustą i trzema rodzajami śledzi. Wszystkim bardzo smakowało (przynajmniej tak mówili, ale – wiadomo – oni są tacy grzeczni, że cholera ich wie), posiedzieliśmy do pierwszej w nocy, mimo, że niektórzy (nie ja! nie ja! HAHAHA) rano do pracy, wypiliśmy trochę wina, pogadaliśmy trochę i uwierzyliśmy w nasz ludzki świat. Znowu.
A jakie mam w tym roku rekwizyty?
Na komiku stoi Poinsetta,
(oczywiście zdjęcie ukradłam z netu, nie mam białego kominka)
czyli Gwiazda Betlejemska,
kartka od mojej studentki „for a Special Teacher”, na którą lubię patrzeć w ciemnych szkolnych chwilach,
kartka z trzema królami, którzy nie mogą dojść do Betlejem, tyko stoją i smutno się patrzą na mur zbudowany przez państwo Izrael zagradzający im drogę, która to kartka przypomina mi o pewnych ważnych kwestiach politycznych:
Mam parę czerwonych świeczek, róże w wazonie i całe stado Robinów
z 2 eurowego sklepu, które obsiadły doniczki, kratkę w kominku i różne dziwne przedmioty.