Z tego wszystkiego, z tego całego siedzenia w domu wzięłam się i zrobiłam pojaski.
Pojaski są to kruche ciasteczka (mąka, żółtka jajka, masło, cukier, cukier waniliowy, masło potrzeć, zagniatać z cukrem – u mnie brązowym, – mąką i z żółtkami w ilości takiej, jaką się aktualnie posiada) o kształtach nieokreślonych, które swego czasu piekła moja młodsza siostrzyczka, nieprzejmująca się obowiązkowymi kształtami gwiazdek i serduszek. Mnie dziś dodatkowo poniosła fantazja i wsadziłam pojaski do blachy muffinkowej, bowiem innej nie posiadam, może więc jednak nie fantazja to a konieczność, i dodatkowo ubrałam je w takie białe papierowe koszulki, coby za bardzo się z blachą nie skleiły.
Pojaski się piecze 15 minut, potem muszą wystygnąć, bowiem gorące są bardzo kruche, jak to kruche ciasteczka. Wystawiłam je więc na dwór, bo z takimi ciepłymi ciasteczkami w domu to nie idzie wytrzymać i zostałyby pożarte w 5 minut, wystawiłam je więc na dwór, na zimno, postawiłam na blaszanym koszu (czytym! czystym!), wróciłam do domu i czekam. I nagle słyszę jakieś szuranie koło drzwi, jakby drapanie, wyskoczyłam jak z procy, bo rany! ktoś mi moje pojaski podbiera! otwieram drzwi, a tu pan biedny od ulotek patrzy się na mnie dziwnie.
Heh.
Zabrałam blachę do domu i powkładałam w nie kawałki brzoskwini z zalewy.
Pieczenie to kompletny odjazd.