W pracy jak to w pracy – zapieprz taki, że nie ma kiedy nawet taczek załadować.
6 różnych przedmiotów z czego na szczęście tylko 2 nowe, ale za to jakie! Irlandzka polityka społeczna na przykład, jak zobaczyłam program to zrobiło mi się słabo: cała historia polityki społecznej łącznie z różnymi ustawami, porozumieniami społecznymi i reformami, daty, fakty, uzasadnienia, struktura pomocy społecznej, zasiłki, zapomogi i tak dalej, czyli coś, o czym naprawdę nie miałam bladego pojęcia, nic to, staram się żyć z tygodnia na tydzień, czyli alleluja i do przodu, wiem tylko to, co akurat mam wiedzieć, a swoją niewiedzę na temat detali łatam ogromną wiedzą ogólną;) Ale szczerze mówiąc (o czym nigdy studenci się NIE dowiedzą) nie jestem pewna, czy w tym momencie zdałabym egzamin. Tak tu się pracuje, a co!
Ale czuję się coraz pewniej, czasem mam takie momenty, że jak już pojadę z wykładem, to trudno mnie zatrzymać. Ostatnio tak mi się dobrze gada, że w nagle w środku słowotoku orientuję się, że wymyślam nie istniejące w języku angielskim wyrazy, takie jak na przykład parliamilitary, które są mi akurat potrzebne. Ale studenci mnie rozumieją, zawsze się też pytam, czy można tak powiedzieć, mam zresztą wrażenie że przyzwolenie na słowotwórczość jest jest dużo większe w języku angielskim.
Czasem oczywiście dalej mam straszne chwile, kiedy wszystko się sypie, wchodzę do sali i okazuje się, że nie ma netu, a ja mam pół wykładu oparte na filmikach z Internetu, bo jak im pokazać architekturę starożytnych miast, moich tysiąc słów nie odda tego, co mogą zobaczyć, wiem, wiem, w Polsce to bym tylko usłyszała okrutne hahaha, zachciało się Internetu zamiast nauki, ale tutaj to norma, tutaj studenci nie są przyzwyczajeni do dwugodzinnego nudzenia na wykładzie, tutaj muszę ich zabawiać sztuczkami z kapelusza, i nie powiem, sztukmistrzem się staję coraz bardziej zręcznym, ale nawet sztukmistrz potrzebuje kapelusza, jak kania dżdżu a ja Internetu.
Dzwonię zatem do chłopaków z IT, po 15 minutach ktoś się pojawia, zaczyna coś robić, po 10 minutach ja się orientuję, że to tak szybko się nie skończy, kontynuuję zatem wykład, projektor w międzyczasie rzuca na ścianę obrazy z instalacji mobilnego netu, zamiast moich slajdów, jestem spocona i zdenerwowana, zaczynam się błąkać po meandrach wykładu, potykać o słowa i trzy razy tłumaczyć oczywiste. Wreszcie – tadadadam! – net działa!
Kończę powoli wykład, wyszukuję film, wszyscy czekamy w napięciu, puszczam play
i okazuje się, że głośniki nie działają.
Czuję, że zaczyna mi się okres. Jest 15 min do końca, przez chwilę ogladamy niemy film z obrazkami, a ja robię za konfenansjera, ale że nie przygotowałam sobie tym razem konfenansjerki, że po angielsku, że na żywca, że do filmu, który widziałam raz w życiu, to dość ciężko, więc puszczam ich do domu.
Sprawdzam, czy nie mam plamy. Oddycham głęboko.
Wychodzę.