Tytuł 75

Żyjemy jak w górskiej kolejce, ledwno zdążę przeżyć i przerobić jeden koniec świata, a już drugi nadciąga i nie mam kiedy tego opisać. Ale przecież wiem, że przepadnie, przeminie i nie zostanie, blog jako pamiętnik ograniczoną ma bardzo przydatność, może więc bardziej chodzi o tą chwilę refleksji, poukładania sobie w głowie, albo nawet o samą przyjemność pisania tego, co się chce, nie do pracy, nie po angielsku, radochę z układania zdań w języku, którego może nie zna się na wylot, ale który pasuje człowiekowi jak prawdziwa noga. Albo ręka. 

Ale chciałam napisać dziś o opiekunce. Mieliśmy takie szczęście w zeszłym roku z naszą kochaną O., z którą do dziś jesteśmy przyjaciółkami na fejsie i z którą wymieniamy się zdjęciami naszych dzieciaków, pomimo tego, że wróciła do Polski, że kiedy w tym roku, jeszcze w wakacje, zgłosiła się Maryla, pani, która ma dwójkę swoich maluchów i do tego pracuje w Lidlu, ucieszłyam się, że mam problem z głowy i przestałam sobie tym głowę zawracać przez następne parę miesięcy…

Tytuł 76

No więc wyćmoktał nas ten nowy rok i tak właściwie, to dopiero co wypluł. A nawet, powiedziałabym, jesteśmy właśnie wypluwani, w trakcie procesu bycia wypluwanym. Mam nadzieję. Od ostatniego wpisu bowiem Mo jeszcze raz dostała wysokiej gorączki, po trzecim dniu brania antybiotyku. Zaczał się weekend, więc do lekarza poszliśmy dopiero we wtorek. Z piękną już wysypką. Poantybiotykową, jak się okazało, a nie zakaźną, na szczęście. Ale uszy jeszcze niewyleczone, więc drugi antybiotyk. Dodam przy tym, że ja również na antybiotyku, od dziesięciu dni. Dostałam wtedy, kiedy Morina, ale czemu miałabym nie dostać, jak przyszłam do pani doktor z piękną anginą. A zatem penicylina raz, dla mamy, penicylina dwa, dla córeczki, która to parę dni później rozwija sobie na nią piękne uczulenie. Ale nie uprzedzajmy faktów. A fakty są takie, że po trzech dniach łykania trzy razy dziennie po dwie tableteczki gorączka mi skacze, zamiast spadać. I gardło boli coraz bardziej, ale z drugiej strony, niż na początku. Właściwie to zacznyna mnie tak boleć, że płaczę z bólu, ledwo co jestem w stanie otworzyć buzię. I puchnie mi szyja. No i oczywiście diagnozuję sobie ropień okołomigdałkowy, słaba jak betka poleguję z chorą Mo na fotelu przytulając i karmiąc cycem obraz nędzy i rozpaczy. Rejestruję się na wizytę dopiero na przyszły tydzień, tą samą wizytę na której finalnie diagnozują Mo uczulenie na antybiotyk, a ja się już dobrze czuję. Ale ja jeszcze tego nie wiem, więc cały weekend katuję się wizją nacinania ropnia, jak zalecają wszystkie medyczne strony polskiego i angielskiego Internetu.

Z Polski zatem przywiozłam dużo cudownych wspomnień i porządną anginę, taką, jakiej nie miałam od trzydziestu lat.

A poza tym, to zamierzam pisać. Banałem pojadę, ale gdzieś znika bezpowrotnie to, jak Mo niepostrzezenie przestaje mówić na Elmo ‚y y y’ do słów Elmo song na melodię tej piosenki, a mówi po prostu: Elmo. I choć nadal te głoski są takie okrągłe, takie pyszniutkie, takie delikatne, takie jakby meszkiem pokryte, niemniej jednak jest to wyraz, a nie wytwór wyrazopodobny. Jak cudnie śpiewa Alphabet song, wiernie oddając rytm i melodię, choć jeszcze nie umiejąc wypowiedzieć słów, zachwycam się tym od rana do nocy, tym bardziej, że sama nie mam słuchu muzycznego za grosz. A tu proszę. Krew z mojej krwi. Moje małe dzieciątko. Jeszcze niedawno w brzuchu, jeszcze wczoraj tylko aaa aaa, a tu znienacka proszę! W jej dość jeszcze nieporadnej wymowie wyraźnie słychać piosenkę.

Tytuł 77

Nowy rok wyżuł nas dokumentnie, wyzuł z wszelkich zasobów energii, wyćmoktał, wyciućkał, wycisnął siódme poty i mam nadzieję, odpukać w niemalowane, wypluł nareszcie. Zaczęło się chorobą Mo – nic tylko 40 stopni przez trzy dni, wirusówka, wiadomo, nie trzeba panikować, ale tuż przed samym lotem do Polski na święta przestraszyło mnie i docisnęło do ziemi. Ale polecieliśmy, po drodze zostawiając jedną walizkę na lotnisku w Dubliniem, bo ja z zawiniętą dziewczynką, M z wózkiem, torbą i dużą walizą i Adek z dwiema podręcznymi, czyli już więcej rąk nie mieliśmy, a moja uwaga była skupiona wyłącznie na moim zawiniątku, bo przecież dopiero co 40 stopni dwa dni temu, bo przecież na lekach przeciwgorączkowych, bo jeszcze zawieje, pizgnie zimnem, kichnie nowymi zarazkami, plunie morderczymi bakteriami, przed wszystkim musiałam ją chronić.

Gorączka następnego dnia już taka duża nie urosła, a w kolejne dni Mo odzyskiwała wigor i szaleństwo w otoczeniu wujków, cioć i kuzynów, z Wigilijną kulminacją 14 osób.

Przygotowania, sprzątania, gotowania, wizyty, odwiedziny, znany świąteczny kołowrót wciągnął mnie i zagłuszył rozpaczliwe wołania mojego ciała, że już ma dość, że się rozkłada, że chce w końcu odpocząć…

Tytuł 78

Moja córeczka skończyła 16 miesięcy parę dni temu, moja awanturnica niemożliwa, mój krzykaczu straszliwy, gaduła niemożebna, głodomór wieczny! Biega po kuchni na tych swoich mini nóżkach w rajtach w paski i krzyczy am! am! am! AM! DA! Aż się człowiekowi ręce trzęsą jak szykuje jej kaszkę, bo Moirin już się czepia swoimi łaponami człowieczej nogi i nagle krzyczy AMAMAMAMAM! głosem nie znoszącym sprzeciwu. Oprócz tego na nos mówi oko, na psa – miauuu!, rozśmiesza ludzi w parku biegając za pieskami na całe gardło MIAUUUU! Czupiradło moje ostatnio woli tatusia, nie zawsze, ale często, mama próbuje uśpić cycem, ale często cyc już nie pomaga, tylko potrzeba męskiej ręki do pobujania, więc po pół godzinnych hockach klockach i akrobacjach cyckowch maleńtas wstaje i krzyczy tatou! oczywiście głosem rozdzierającym, tatou! tatou! tatou! I tatou biegnie po schodach do swojej córeczki, bierze na rączki, pobuja 5 minut i maleńtas śpi. 

Nie mam czasu na pisanie, życie pochłania mi każdą wolną chwilę, właściwie wolne chwile to miewam jak jadę na rowerze do pracy koło parku i nagle podnoszę wzrok i patrzę na drzewa i i niebo i oddycham i oto mam wolną chwilę tak właśnie wtedy i w tym momencie, tylko muszę uważać, żeby pod samochód nie wpaść. Więc widzicie, że pisać się nie da w tej wolnej chwili, chyba, żebym miała dyktafon podłączony z mikrofonem na kierownicy i tak bym tylko właśnie mogła dyktować i blogować. Ale. 

Poza tym trochę mnie uwiera to miejsce, nie jestem bowiem tym, kim myślicie, że jestem (o święta naiwności blogerki podstarzałej!) i zamiast rzucić sobie mięsem na blogu, siedzę cicho, bo nie wypada. A tu kurrrr.. człowiek chciałby sobie zakląć i wiązankę rzucić niejedną czasami. 

Tytuł 81

I tak oto ‚baκa’ zmieniła się niepostrzeżenie w ‚bacię’skąd już bardzo blisko do naszej zwykłej polskiej babci, oczyszczonej ze wszelkich mandaryńskich i tureckich naleciałości fonetycznych. Wyraźnie widać wysiłek, jaki Mo wkłada w to, aby słowa wymiawiane przez nią jak najbardziej przypominały te wypowiadane przez nas. Ma bardzo dobry słuch, a więc słyszy, kiedy jej słowa brzmią inaczej, często trudniejszych nie chce ich wymawiać w ogóle, kiedy to, co sama potrafi znacząco się różni od tego, co do niej mówimy.

Ostatnio stała się również małą zniecierpliwioną złośnicą, zaczęła się wyraźnie wściekać, kiedy coś jej się nie udaje – wyciąga klocek z domku i się złości, chce złączyć dwa kloci i się złości, próbuje powtórzyć rytm wystukany przeze mnie i się złości. Bunt dwulatka o dziewięć miesiecy za wcześnie.

Adek już zaczął studia, a pracuje raz w tygodniu, w sobotę.

Tytuł 82

Yηga (brakuje mi znaków w alfabecie, żeby napisać, jak cudnie wymawia niektóre wyrazy) Mojni, jak sama o sobie mówi, o czym się dowiedzieliśmy dziś (a cały ranek tylko yηga i yηga, na moje pytanie ‚co to jest yηga’ pokazuje paluszkiem na siebie i dopiero, kiedy dziewczynka lego znalazła się pod stołem, a Mo ją triumfalnie wyciągnęła ‚yηgaa!!’ zrozumiałam, o czym mówi.

A mówi, a właściwie przekazuje wszystko, co najważniejsze – ‚baça miauu!’ oznacza, że chce herbatkę w kubku z kotkiem, biegnie do kuchni krzycząc ochoczo am! am! am! κaκa! kiedy jest głodna, a wczoraj, kiedy cycek nie pomagał na spanie i przez godzinę wierciła się i kręciła, wystawiając dupkę do góry, to znów przekręcając się na plecki, aż wreszcie zniecierpliwiona ofuknęłam ją, przelazła przeze mnie, usiadła pod drzwiami obserwując oświetloną szparę w drzwiach i zaczęła żałośnie płakać i wołać tatę. A gdy skrzypnęły schody uspokoiła się, a potem przytuliła do swojego zbawcy, kazała mu się bujać i śpiewać ‚ija ija o’, a na koniec powiedziała ‚koka’. Mojni koka. Mi potem zamiast serca miał ciepły karmelek przez pół nocy.

Pokazuje paluszkiem i pyta ‚cio to?’, ubiera ‚buty’ i idzie do ‚dzjecji’, ma swoje trzy ulubione piosenki, które mamy wszyscy śpiewać (Elmosong, ifjuhepi, ijaijao). W kółko. Szczególnie na spacerach. I przy usypianiu. I jak się bawimy. Właściwie cały czas. Czasem jej puszczamy z jutuba, ale nie jest to proste, bo komputerowa grafika rymowanek dla dzieci zaprojektowana została najwyraźniej przez członka kościoła scjentologów albo innego przedstawiciela szerokiej katagorii ludzi z zaburzeniami osobowości i po dziesięciu minutach oglądania mnie samej zaczynają się zaburzenia ksobne i derealizacja. Nie jest lekko.

Walczymy dalej o mieszkanie, w sensie kompletujemy papiery na kredyt malutki, taki właściwie tyci tyci, sprzedajemy resztki dziedzictwa M w Pl, pożyczamy po rodzinie, jednym słowem – stajemy na głowie, żeby jednak coś w końcu mieć swojego. Malutkiego najprawdopodobniej, ale raczej w centrum Dublina (dojazdy w moimi godzinami pracy by nas wykończyły), byleby był balkon i park blisko, to damy radę.

Adek wczoraj trzeci dzień w pracy. Radzi sobie (podobno) dobrze i to świetnie, bo to jest praca marzenie dla niego – w jego dziedzinie i jeszcze dobrze płatna (10e za godzinę siedemnastolatkowi nie jest tak łatwo zarobić). Jeszcze musi się trochę ogarnąć (wczoraj gdyby nie ja to by się spóźnił, drugi raz na trzy dni!), jeszcze trudno mu skoordynować spanie, jedzenie i dojazdy, ale powoli powoli. Okazało się w tym roku, że dostał trochę pieniędzy na studia, muszę się tu pochwalić, dostał małe stypendia z różnych źródeł i okazało się, że ubierze się w tym roku i wyszykuje na studia za swoje, nie ukrywam, że dla nas to duża ulga. A i on się cieszy, że ma i że może sobie coś kupić fajnego.

Tytuł 84

Moriniak mój ukochany, karmelek przesłodki, dziewczyneczka cudna, czerwony kapturek malusi znowu, znowu, ZNOWU nie chce sama spać i od tygodnia bujamy się z wiecznym wieczornym usypianiem. Zasypia dopiero po godzinie lulania i bujania, albo zasypia szybko, ale jak tylko odsunę się od niej, otwiera oczka, siada i płacze, takim przesmutnym płaczem dziecięcym z ogromnymi łzami. Wczoraj jak się zbudziła po czterdziestu minutach próbowaliśmy ją uśpić przez następne dwie godziny, na zmianę, ja cycem i M bujaniem, w końcu się poddaliśmy i Adek miał za zadanie potrzymać Płakaczu aż ja skończę wieczorne ablucje, a ów darł się i darł, maaama i taaata pomiędzy łzami, a kiedy weszłam już do sypialni i jeszcze chciałam tylko sobie twarz nasmarować kremem i ręce i koszulę przebrać, a Wrzaskun stał w naszym łóżku, trzymał się barierki i darł się i darł i odpychał Adka i nie dał się uspokoić, aż dopiero kiedy się położyłam. A wtedy dorwała się do piersi i czułam, jak się uspokaja i całe napięcie i smutek z niej schodzi, a kiedy po piętnastu minutach przyszedł M położyć się do łóżka, Morinka odwróciła się do niego i z rozkosznym zadowoleniem powiedziała ‚tata’, aż się oboje zaśmialiśmy. 

W pracy spotkała mnie niespodzianka, bo okazało się, że od trzech lat mam stały kontrakt na 3/4 etatu, czyli nie mogą NIE DAĆ MI GODZIN, ba! nie mogą dać mi mniej niż muszą, a ja co roku w lipcu panikuję i trzęsę gaciami ze strachu, że nie dostanę tyle godzin, żeby choć przeżyć. A tu nie. Ale dlaczego o tym nie wiedziałam jest dla mnie zagadką, jeszcze raz czytałam swój kontrakt i zaprawdę powiadam wam nic takiego z niego nie wynika, są wprawdzie zakontraktowane godziny na końcu, ale też jest klauzula, że każdego roku manager będzie informował mnie o przedmiotach, jakie mam uczyć. Tak się złożyło, że owego lata miałam właśnie godzin na 3/4 etatu, czyli dość dużo i w tym samym czasie na mocy obowiązującego prawa mój kontrakt wziął się i zrobił stały i tak oto abrakadabra! owe godziny stały się wiążące, no kto by się tego spodziewał! A dowiedziałm się zupełnie przypadkowo, bo chciałam się zamienić na przedmioty z moim ukochanym mężem i gwoli tego zaimelowałam do szefowej i dzwoni do mnie szefowa i mówi, że, jest jakiś problem i faculty manager się nie zgadza na tęże prostą zamianę, zamiankę właściwie, bo malutką tyci tyci, bo wtedy miałabym mniej godzin, niż mam mieć. I takie zdziwko i szefowa też się dziwi i mówi mi ‚no ale przecież ty nie musisz mieć odpowiedniej ilości godzin, prawda? Możesz zaglądnąć w swój kontrakt?” i ja przytomnie odpowiadam (spadaj na drzewo, szefowo! a takiego wała!), że nie wiem, że mam kontrakt stały i że nie znam dokładnie przepisów, ale może są jakieś regulacje, że nie mogę mieć mniej godzin niż coś tam coś tam, szefowa jest bardzo zdziwiona, ja udaję, że nie jestem, umawiam się z managerką, a ta mi pokazuje w ich tajnych tabelkach (managerka jest nowa) że mam zakontaraktowane 300 godzin. 300! I takie zdziwko. O!

To jeszcze tylko napiszę, że Adziarz był wczoraj w swojej pierwszej pracy. Uczy matmy licealistów  na prawdziwych kursach przygotowujących. No i dobrze.